Z Wielkanocą wiąże się wiele pięknych zwyczajów: robienie palm i pisanek, święcenie pokarmów, śmigus – dyngus. O tym, jak kiedyś wyglądały opowiadała mi przed laty Maria Świtaj, emerytowana nauczycielka matematyki, która pochodziła z Ewopola. Pani Maria odeszła w 2016 roku, ale pozostały jej niezwykle ciekawe wspomnienia. Zachęcam do ich lektury, niech umilą ten świąteczny czas, a jednocześnie przypomną jedną z pierwszych nauczycielek w Świdniku, przez całe zawodowe życie związaną ze Szkołą Podstawową nr 2.
– Wielkanocne tradycje były może mniej urozmaicone niż bożonarodzeniowe, ale też ciekawe – podkreślała Maria Świtaj. – Na wsi, o świętach Wielkiej Nocy myślano już w lecie. Gospodynie zbierały wtedy trzcinę. Wiązały w pęki i wieszały na strychu, żeby wyschła. Przed Niedzielą Palmową robiły z niej palmy. Do dekoracji używały bazi, barwinka albo zielonych gałązek borówki. Palmy spełniały bardzo ważną rolę. Po Wielkiej Sobocie święcono nimi dom, pomieszczenia gospodarskie, całe obejście. Wierzono, że to przyniesie szczęście.
Kilka dni przed świętami należało obowiązkowo wybielić chaty. Wynoszono na dwór wszystkie meble, wietrzono pościel, czyszczono ubrania. Pomieszczenia bielono wapnem. Uporządkowanie otoczenia gospodarstwa należało do dzieci. Zagrabiały i zamiatały podwórko, wynosiły niepotrzebne rzeczy. Nawet droga wiejska był zagrabiona. Cała wieś wyglądała naprawdę odświętnie.
Piska i błyscok
– Na wielkanocnym stole obowiązkowo musiały pojawić się pisanki. Jajka, jako symbol życia, należało ubrać w najpiękniejsze szaty. Ja najczęściej malowałam je woskiem. Używałam do tego metalowej końcówki ze sznurówki, umocowanej do patyczka. Potem gotowałam jajka w łupinach cebuli. Tam, gdzie wosk natłuścił jajko, kolor się nie przyjął i w ten sposób powstawały różne wzory. Były też pisanki wydrapywane albo tylko obgotowane w cebuli czy życie, tzw. byczki.
Mama opowiadała mi o pięknym zwyczaju z okolic Rybczewic, Pilaszkowic, Fajsławic. W Wielkanoc, przed lub po mszy, chłopak zwracał się do upatrzonej dziewczyny słowami: „daj mi piskę, dam ci błyscok”. Piska, to oczywiście pisanka, a błyscok, to odpustowy pierścionek. Jeśli chłopak podobał się dziewczynie, zgadzała się na taką wymianę. To były dowody sympatii.
Wielkanocna święconka
– Wielka Sobota była czasem święcenia pokarmów. Gospodynie przygotowywały duże kosze z jajkami, kiełbasą, solą, pieprzem, chrzanem. Nie były to symboliczne koszyczki, tak jak dziś. Wszystko, co miało się znaleźć na wielkanocnym stole, musiało być poświęcone. Jeśli była ładna pogoda, uroczystość odbywała się pod ustrojonym kwiatami krzyżem. Kosze ustawiano na kocach. Jeden z gospodarzy przywoził księdza, który święcił pokarm, składał ludziom życzenia. Potem jechał do następnej wioski. Jak była deszczowa pogoda, to święcenie odbywało się w u kogoś w domu.
Wielka Niedziela rozpoczynała się rezurekcją. Do kościoła mieliśmy 5 km. Kto mógł, jeździł furmanką. Większość jednak szła na piechotę. W dodatku na bosaka. Dopiero przed kościołem wycierało się nogi szmatką i wkładało buty. Po powrocie z kościoła spożywaliśmy tzw. święcone. Najpierw odmawialiśmy modlitwę i dopiero wtedy dzieliliśmy się jajkiem. Składaliśmy sobie życzenia. Bardzo smakowały nam jajka, bo na co dzień nie było ich dużo. W tamtych czasach kupowało się za nie w sklepiku sól, pieprz, cukier, zapałki. Na wielkanocnym stole nie mogło zabraknąć białego barszczu, koniecznie na zakwasie. Była też kiełbasa, kaszanka, salceson i galareta. Wędliny i mięso robiono oczywiście w domu. Po całej wsi rozchodził się wtedy zapach wędzonych wyrobów.
Wesołe allelujki
– W Wielki Poniedziałek tradycyjnie oblewaliśmy się wodą. W mojej wsi nie było straży pożarnej, nawet ochotniczej. Młodzi mężczyźni tworzyli jednak grupę samoobrony. Każdej nocy, jako warta, chodzili po wsi. W razie pożaru czy innego nieszczęścia, pędzili na pomoc. I oni właśnie, w lany poniedziałek, zamieniali się w „allelujki”. Zbierali się już z samego rana. Jeden, ubrany w komżę, niósł wiadro poświęconej wody i kropidło. Inny obowiązkowo trzymał kosz na jajka. Wchodząc do domów, śpiewali „Wesoły nam dziś dzień nastał”. Kiedy już odśpiewali pieśń, kropili mieszkańców, a w zamian dostawali po parę jajek. Dziewczyny chowały się po kątach, ale raczej tak na niby. Oblanie wróżyło bowiem szczęście na cały rok, a nawet zamążpójście.
W czasie, gdy chodziły „allelujki”, trwało też ogólne oblewanie. Kto czym miał – wiadrami, butelkami. Chłopcy robili z drewna lub łyka prowizoryczne śmigusówki. Było bardzo gwarno i wesoło. Wraz z zakończeniem odwiedzania domów przez „allelujki”, kończyło się również oblewanie. Wtedy spokojnie można było pójść do kościoła, bez obawy, że ktoś obleje. Dzisiaj, niestety, jest inaczej. Lanie trwa cały dzień. Młodzież nie patrzy, czy ktoś starszy, czy młodszy, czy idzie do kościoła, czy z niego wraca.
W lany poniedziałek chodziliśmy również na meus, czyli na spacery do lasu. Było pięknie i kolorowo. Kwitły sasanki, przebiśniegi, przylaszczki.
Huśtawka do nieba
– Ogromną świąteczną atrakcją naszej wsi była huśtawka. Przed Wielkanocą młodzi mężczyźni wykradali drzewo z dworskiego lasu. Na placu, pośrodku wsi, budowali wysoką huśtawkę. Podpory i słupy zrobione były z grubych sosen. Na desce mogło usiąść lub stanąć 6 dorosłych osób. Staliśmy w kolejce, żeby się pohuśtać. To była naprawdę dobra zabawa i dla dzieci, i dla dorosłych. Przy okazji żartowano, śmiano się, rozmawiano.
Pamiętam jedną Wielkanoc. Przed świętami było cieplutko, świeciło słoneczko. Huśtawka już czekała i nie mogliśmy się doczekać, żeby z niej skorzystać. Wstaliśmy w Wielką Niedzielę, patrzymy, a tu cała wieś zasypana śnieżnym puchem. Wróciła zima. Na szczęście śnieg był bardzo delikatny. Stopniał, jak tylko słońce wyszło zza chmur. Zrobiło się ciepło, a my mogliśmy się i pohuśtać, i iść na spacer do lasu.
Tak właśnie obchodziliśmy Wielkanoc, która rozpoczynała wiosnę i sprawiała, że do życia budziła się nie tylko przyroda, ale i ludzie.
Agnieszka Wójcik-Skiba
Artykuł przeczytano 2331 razy
Last modified: 12 kwietnia, 2020



