Kontynuujemy cykl, w którym mieszkanki Świdnika prezentują swoje historie i dzielą się z Czytelnikami tym, co dla nich ważne, o czym nie chcą zapomnieć lub o czym chciałyby przypomnieć wszystkim paniom i nie tylko im. Cykl powstał z inicjatywy i we współpracy ze Świdnicką Radą Kobiet.
Tym razem o swoim życiu, marzeniach oraz wielkiej pasji jaką są zwierzęta, opowiada Marta Wróbel, właścicielka Rancza „Wróblówka”:
– Witajcie, jestem Marta. Mam trzydzieści dwa? cztery? lata. Wybaczcie, zawsze gubię rachubę. Jednak wiem doskonale, że dokładnie od lat ośmiu jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Z dzieciństwa pozostały w mej głowie dwa ważne obrazy. Pierwszy z Biblii dla Dzieci, na którym widać mnóstwo zwierząt żyjących ze sobą w zgodzie: lwy, antylopy, króliki i inne. Pośród dzikiej zwierzyny, jednak bardzo spokojnej, dzieci. Żaden inny obrazek nie zainteresował mnie tak bardzo. Powracałam do niego miliony razy, a po wielu latach stwierdziłam, że te strony zostały przeze mnie zupełnie wytarte palcami. Drugie wspomnienie to drewniany dom babci, stary piec, stary stół, pies i kot, i mysz skrobiąca pod drewnianą podłogą. I już wiedziałam jakie są moje marzenia.
Udało mi się stworzyć prywatny raj. Może nie taki całkiem prywatny, bo z wielką przyjemnością witam wszystkich gości, ale to ja mam na co dzień zaszczyt opiekować się tym, co udało się zbudować.
Dom, domeczek – taki jaki miał być – taki jest. Niezbyt wygodny. Na pewno skromny. Taki, w którym przez stare, drewniane okna wpadają promyki słońca, na parapecie pyrka wino z kwiatów lipy, a my nie możemy wypić kawy w tak zwanym „świętym spokoju”. A może to właśnie jest „święty spokój”? Nasz prywatny „święty spokój”.
Na kolana pierwszy wskakuje Bary. Mój ulubieniec, który musi otrzymać porządną dawkę czułości każdego ranka. To gabaryt przysłaniający najbliższy świat. Dzięki niemu jeszcze nigdy nie wyszłam z domu czysta, zawsze zostawi na mnie ślad całusa. Oczywiście „Dzień dobbrrrry!” – to krzyczy papuga. Szynszyle domagają się odrobiny uwagi, a szczurzyca Bianka podrapania za uchem. Koty cudownie obsiadają nasze kubki z kawą, że nie mamy najmniejszej możliwości, by złapać je za ucho. Tak. Każdy ma inne potrzeby i każdy inaczej okazuje miłość.
Każdy dzień zaczyna się podobnie, ale za każdym razem inaczej, wcześnie, gdy synowie jeszcze śpią. Odwiedzam szkoły i przedszkola, prowadzę zajęcia edukacyjne. Uwielbiam ten czas, opowiadając historie z naszego życia, ucząc dzieci empatii i miłości do zwierząt, zaznaczając, że to my, ludzie, jesteśmy na tyle mądrzy, by umieć współgrać z tym fantastycznym światem przyrody, który niestety tak bardzo dewastujemy. Proste czynności: niemarnowanie żywności, pomoc bezdomnym zwierzętom, nieśmiecenie w lesie, tak wiele mogą zmienić.
Oczywiście przykładam wielką wagę do edukacji swoich dzieci. Nie mówię o edukacji czysto książkowej. Umiejętność hodowli drobiu, pozyskania wody z brzozy, rozpalenia ogniska czy poradzenia sobie samemu każdemu może się kiedyś przydać.
Ale! Rodzice swoje a dzieci swoje. Niezmiennie od tysięcy lat. Pamiętam przezabawną historię, gdy wysłałam Kacpra, mojego starszego syna, do kurnika po jajka na poranną jajecznicę. Byłam przekonana, że poradzi sobie doskonale ze zrobieniem wszystkiego włącznie z jajecznicą, więc zajęłam się swoimi sprawami. O, jakie było moje zdziwienie, gdy przybiegł do mnie, twierdząc, że jajek nie da się rozbić! Zdziwiona poszłam do kuchni, a tam okazało się, że syn przyniósł jajka z kurnika. Tak. Ale wszystkie gumowe. Sztuczne jajka, czasami podkładane kurom, gdy przychodzi czas wykluwania kurczaczków w inkubatorze.
Sami Państwo widzicie, jak potrzebna jest prosta wiedza. Wykraczająca poza supermarketową gazetkę, zakupy online, sterylne rękawice, telewizyjne hity i coraz więcej, i więcej ogarniających nas różnych informacji. A im bardziej szokujących, tym lepiej. Nie. Nasza Rodzina mówi temu zdecydowane STOP.
W jaki sposób się jeszcze realizuję? Lubię się dzielić. Tak po prostu. Angażować się w różne charytatywne akcje. Lubię kupić budę i sprezentować jakiemuś psu, który śpi w kiepskich warunkach. Lubię robić wyprawki dla czworonogów do adopcji, by szybciej znalazły dom. Oprócz zwykłych, codziennych zajęć organizuję lekcje charytatywne – one dają mi najwięcej radości. Pomagam dzieciom, osobom starszym. Oczywiście większość akcji rodzi się całkowicie spontanicznie. I nie mam żadnej chęci rozgłosu. Robię to, co mogę, odwracam się i idę w swoją stronę. Czasem nawet urywam kontakt. Dlaczego? To pozostanie moją tajemnicą.
Uważam, że skoro pomagamy tak bardzo zwierzętom, one także mogą pomóc ludziom. I pięknie da się to wszystko połączyć.
I wiecie co? Sama jestem ciekawa, czy inni też pamiętają swoje marzenia. Gdy byli jeszcze mali. Ze swojego pokoju. Z czasów, gdy cień paprotki potrafił stworzyć w dziecinnym umyśle strasznego ducha. A mimo tylu nocnych strachów – po zamknięciu drzwi przez rodziców i usłyszanym dobranoc – udało się zbudować piękny plan? Piękny plan – na swoje skromne życie.
mw, fot. archiwum M. Wróbel
Artykuł przeczytano 1268 razy
Last modified: 9 listopada, 2023



