poniedziałek, 20 kwietnia 2026r.

Robię miejsce na nowe niepokoje

Autor: |

Jan Kondrak zna się na rzeczy, ale postanowił poznać się jeszcze bardziej. Jego podstęp polega na zmianie artystycznego monologu na scenie, w dialog ze słuchaczami. Z tym zamysłem stworzył około 30 piosenek, jego zdaniem o życiu. Czy faktycznie, da się ocenić po ich przesłuchaniu. Lubelski bard ze świdnickim meldunkiem dał nam tę szansę wydając płytę „Czeska”.

– Płyta powstała z tęsknoty do…

– Do nowej płyty. Ale nie powstawała ona z zamiarem bezpośredniego powstania, tylko jako efekt cyklu koncertów, których dałem trzynaście albo czternaście. Intencją było spotkanie się z warszawską publicznością w realizacji projektu zakładającego pisanie dwóch piosenek miesięcznie na tematy współczesne. Miały one zwalczać autyzm sceniczny, czyli wychodzić do ludzi, tak, by aktor wykonujący te utwory – nie muszę to być ja – mógł nawiązać kontakt z publicznością, żeby ludzie mogli z nim podśpiewywać.

– I rozumieć, co się do nich śpiewa…

– To kwestia ilości powtórzeń, ale ludzie często załapują. W projekcie, który nazwałem „Dolina prapremier” towarzyszyli mi w podróży Kuba Sienkiewicz z Elektrycznych Gitar, Marek Majewski i parę młodych osób, laureatów różnych festiwali, odpowiedników naszej Moniki Kowalczyk. Z lubelaków była Agnieszka Ozon, aktorka Teatru Muzycznego. Powstało około trzydziestu utworów, jak już się rzekło, na tematy bieżące. Okazało się, że ludzie bawią się przy nich dosyć dobrze. Przejrzeliśmy potem materiał i, po selekcji, powstała płyta.

– Czy dadzą się na niej usłyszeć jakieś nowe klimaty?

– Jest w pewnym sensie przełomem etycznym w moim życiu estradowym, zmianą filozofii bycia na scenie. Nie zawsze pisałem tak, żeby potem utwór razem z ludźmi wykonywać, żeby dział się poprzez słuchaczy. Zrodziła się w związku z tym obawa, co z przesłania wypuszczonego w widownię powróci na scenę i czy w ogóle coś wróci. Na płycie publiczność zastępują instrumentu dęte, które zresztą bardzo ładnie się sprawiły.

Są na niej piosenki, jakich nikt nie pisze, jakich wręcz nie powinno się pisać. Nie mają odpowiednika ani wzorca, więc słuchacz ma prawo poczuć się zagubiony. Jeśli dostaje, na przykład, tytuł „E-Bóg”, to z czym ma go skojarzyć? Nikt, przynajmniej w obrządku zachodniochrześcijańskim, nie odniósł się do tej pory do sprawowania mszy w sposób „e-”. Nigdy dotychczas, jak w utworze „Certacja”, dwóch mówców nie mówiło do siebie stojąc, jeden na drabince w Warszawie, drugi na mównicy w Brukseli. W dodatku ci mówcy prawią sobie same komplementy, językiem „Pieśni nad Pieśniami”, językiem umiłowania…

– Chyba mają legitymacje partyjne tej samej barwy.

– Podmiot liryczny tego nie sprawdza. Publiczność powtarza słowa swoich ulubionych przywódców. Konfrontacja dwóch postaw rozwiązuje się pozytywnie, jak w „Opowieści wigilijnej”. W innej piosence dochodzi do starcia wodza Korei Północnej z prezydentem Stanów Zjednoczonych…

– I to właśnie są piosenki o życiu?

– Tak, ponieważ jeden przywódca drugiemu drażni nieustannie rakietę, a nasz prezydent musi się w tym odnaleźć, zrobić coś i robi. W moim środowisku nikt nie napisał jeszcze piosenki o polskim społeczeństwie, które rozmawia ze sobą bardzo intensywnie, ale przez ekran. Nazywa się ona „Wbrew pozorom łoś”. Wyzwalaczem sytuacji jest czworonóg wędrujący o 4 nad ranem ulicami Świdnika. Wszystko grane jest w prostych, oczywistych rytmach, które łatwo powtórzyć.

Zadanie jest dość  starożytne – uczyć bawiąc, a przy okazji komentować rzeczywistość. Jednak w każdym utworze jest jakiś wytrych, zakrętas, wihajster, który stanowi nowość na polskim rynku. Tak przynajmniej twierdzi dr Krzysztof Gajda z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, jeden z najbardziej uznanych, naukowych „omawiaczy” piosenek. Opublikował zresztą ten pogląd w piśmie branżowym ”Piosenka”.

W pisaniu odnoszę się bardziej do statystycznego obywatela, mojego współziomka niż stanów skupienia typu politycy, ordynatorzy, profesorowie, postrzeganych w Polsce jako samo zło. De facto są tylko emanacją tego, co dzieje się w całym społeczeństwie. W konsekwencji tematem do rozmowy nie są oni, tylko my sami, nasze życie i to, co z nim robimy.

– Z blisko trzydziestu piosenek na płycie znalazło się dwanaście. Dlaczego akurat te?

– Bo są najbardziej oryginalne…

– Czyli nie najbardziej przebojowe, ani nawet nie najmądrzejsze?

–  Nawet nie najmądrzejsze. Może niektóre mają cechy przeboju. Ich głównym zadaniem jest zburzyć zasadę inżyniera Mamonia, że podoba mi się to, co już raz słyszałem. Mają działać tak, że słyszę pierwszy raz i już mi się podoba. Sposobem jest nie tylko prosta forma, ale również obecność wybitnych postaci instrumentalistów, którzy łapią myśl muzyczną w lot i jeszcze potrafią ją rozwinąć.

– Bardowie nie zostali w projekt włączeni, bo?

– Bo nie mieszkają w Warszawie, a projekt realizowaliśmy w Warszawie.

– A myślałem, że chodziło o łyk może nie świeżego, ale innego powietrza.

– To też. Jeśli realizuje się solowe projekty, należy unikać dobrze znanych instrumentalistów i sposobów grania.

– Bo wtedy eksperyment zamienia się w rutynę?

– Faktycznie trochę obawiałem się powtórzeń.

– Jest satysfakcja ze zrealizowanego projektu?

– Moja satysfakcja nie ma znaczenia.

– Jakżeż nie ma? Rzeczy robi się dla satysfakcji, chociaż pieniądz też nie śmierdzi.

– Może masz rację, ale myślę już innymi kategoriami.

– Gdyby, jak gadają Ani Mru Mru, dognali Cię Niemcy i rozkazali: masz wybrać jeden utwór na singiel, to?

– Sam bym nie potrafił. Uważam, że najlepiej, najbardziej poruszająco zaśpiewane jest „Przeproś tatę”. Niektóre piosenki potrafią wyrzucać z sali ludzi bez poczucia humoru i to prosto do łazienki. Pewne treści podaję drastycznie i przewrotnie. Przeproś tatę, bo się napił. Zanim cokolwiek tata zrobił, przeproś, bo może się zdenerwować.

Nawiasem mówiąc uważam, że wszyscy Polacy mają poczucie humoru, tylko nie każdy chce go używać. Starsze panie wychodzą, słysząc: przeproś mamę, bo jest pijana. Tymczasem mamy bywają pijane i rzeczywistość jest po stronie tej piosenki. Z kolei Roman Czejarek, dziennikarz warszawski, uznał, że najlepszy jest utwór pod tytułem „Tapicerka”. Skoro utwór ten robi wrażenie w Warszawie, to i na mnie.

Natomiast najbliższe otoczenie, mój wolontariat, skierował do realizacji teledysku piosenkę pod tytułem „Lakierki”. Ładny, liryczny utwór o wczesnych przejawach miłości, a właściwie flirtu, mówiący o tym, że owszem, na tym etapie dotykamy się, ale echem.  Osobiście kocham piosenki, które przyszły mi z trudem, chociaż ludzie nawet o tym nie wiedzą. Jeśli coś przychodzi łatwo, za bardzo tego nie cenię.

– Czy do trzydziestu kawałków dołączy następna trzydziestka?

– Nie w tym duchu. Mam już nowo napisane „Pieśni kresów naszych”. To utwory zgodne z moim peselem, stanem psychicznym, miejscem urodzenia, sposobem życia rodzin ze strony Mamy i Taty. Śpiewałem je już w Hrubieszowie, 26 stycznia, z powodzeniem. Towarzyszyli mi Artur Szabat, szef Teatru Piosenki Młyn z Hrubieszowa i Waldemar Korzeniowski, bardzo dobry gitarzysta z Krasnegostawu. Spróbuję teraz sprowadzić tę muzykę do Lublina.

– Rozumiem, że nie tylko w sferze tekstowej, ale i muzycznej wpisują się w klimat regionu.

– Nawet nie muszę o tym myśleć. Wystarczy, że wyzwolę się z rockowego gorsetu, czy klasycznego jakiegoś. To muzyka, którą znali miejscowi ludzie, której słuchaliśmy na zabawach, nucił ją ojciec, a na polu śpiewała pani Aniela Kurzepowa. Nie lubiłem jej, no ale co z tego, że nie lubiłem, skoro zapamiętałem.

– Łatwo jest być płodnym pisarzem?

– Bardzo łatwo, jeśli ma się w środku napęd, który myśli za ciebie. Siedzi ci na ramieniu i szepcze do ucha: a teraz siadaj i pisz. Wtedy nie ma niczego łatwiejszego. Jesteś na granicy choroby, którą musisz zwalczyć, bo jak nie zwalczysz, będziesz się źle czuł. Czyli, jak chodzi za tobą temat, musisz usiąść i go napisać.

A potem może się z nim już nic dalej nie dziać. Chcę coś zrozumieć – siebie w świecie, co zrobiłem i co ludzie zrobili. W głowie nie potrafię tego poukładać, muszę rzucić na papier. Jak mam już nazwane, przestaje mnie boleć. Od zarania dziejów człowiek rysował patykiem kręgi na piasku. W środku czuł się bezpiecznie, na zewnątrz mniej. W pobliżu ognia było mu bardziej komfortowo niż poza nim.

Jeśli umiał coś nazwać, miał to za oswojone. Jestem jak pierwotny człowiek. Jeśli nazwę stan rzeczy, potrafię się w nich odnaleźć. Dopóki nie, czuję się jak w chaosie, że w każdej chwili może mnie coś dopaść i zniszczyć. Moja twórczość polega na klasyfikowaniu zjawisk. A potem robi się w  psychice miejsce na nowe niepokoje. Czyli terapeutyczna funkcja bycia w sztuce.

Jan Mazur

Artykuł przeczytano 2476 razy

Last modified: 21 lutego, 2020

Zmień język »
Przejdź do treści