Burmistrz Waldemar Jakson odebrał ostatnio aż trzy nagrody związane z działalnością samorządu. Statuetki w rankingu Gminy Lubelszczyzny 2023 w kategoriach Gmina Miejska i Gmina – Lider Powiatu Świdnickiego, zostały przyznane przez Regionalny Oddział Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej w Lublinie. Natomiast tytuł „Burmistrz Roku” nadawany przez Ogólnopolską Federację Przedsiębiorców i Pracodawców w ramach plebiscytu „Orły Polskiego Samorządu”, burmistrz odebrał w Warszawie. W 2023 roku Waldemar Jakson obchodzi 25. rocznicę objęcia funkcji burmistrza Świdnika. Czy widzi związek między tymi okolicznościami?
– Bezpośrednio nie, chociaż nie ukrywam, że wszystkie nagrody przyjmowałem z satysfakcją, traktując je jako wyraz uznania za dobrą pracę nie tylko moją, ale całego samorządu, a także, jak to nazywam, za roztropne czynienie dobra w interesie wspólnoty. Sprawowanie władzy dla samej władzy nie jest ani pożyteczne, ani racjonalnie potrzebne, chociaż wielu polityków podejrzewam o taką motywację. Niektórzy uważają, że bardziej intensywna aktywność nie jest wcale niezbędna. Nie ma przecież sensu podejmowania się przeprowadzenia dziesięciu inwestycji, bo przecież wystarczy pięć. Najważniejsze są zgoda w koalicji i skuteczna kampania wyborcza. Takie właśnie podejście charakteryzuje chęć utrzymania władzy dla samej władzy. A przecież tych „pięć inwestycji” więcej powiększa dobrostan społeczności i to właśnie powinno być zasadniczym celem działania władzy na każdym szczeblu. Jeśli podejść do dylematu w sposób bardziej pragmatyczny, by nie powiedzieć cyniczny, zauważmy w tym rozumowaniu zasadniczy błąd logiczny. Jeśli nie zrealizujemy tych pięciu dodatkowych inwestycji, to jakimi argumentami przekonamy do siebie wyborców? Filozofia prawidłowo działającego samorządu polega na opracowaniu wizji, celu, do którego chcemy dążyć na danym etapie. Następnie szukamy narzędzi do realizacji naszych zamierzeń. No i na koniec, niezbędne są upór i konsekwencja. Jak upadamy, to zaraz wstajemy i idziemy dalej. W naszym słowniku nie ma pojęcia „nie da się”. Jest pojęcie „jak to zrobić”. Jeśli nie od razu, to etapami, w dłuższym czasie.
– Mówi Pan, że najważniejsze jest myślenie o dobru mieszkańców. Chyba w tym myśleniu jest Pan dość skuteczny, skoro świdniczanie wybierali Pana na kolejne kadencje w pierwszych turach elekcji. Jakie trzeba mieć cechy osobowościowe, żeby być dobrym i skutecznym burmistrzem?
– Trzeba być pragmatycznym, empatycznym, umieć rozmawiać ze wszystkimi, niezależnie od różnic poglądów politycznych, chociaż nie wszystkim może się to podobać. W sprawie budowy sądu i prokuratury dogadaliśmy się z ministrem sprawiedliwości, którym był wówczas Grzegorz Kurczuk z koalicji PSL SLD. Bardzo dobrze układa nam się współpraca z Krzysztofem Żukiem, prezydentem Lublina, przedstawicielem Platformy Obywatelskiej, a także wieloma środowiskami nie będącymi wobec nas „totalną opozycją”. Przykłady można mnożyć. Na marginesie powiem, iż w realiach demokracji żadna totalna opozycja nie stworzy dobra wspólnego. Na poziomie samorządów nie rozstrzygamy losów świata, tylko rozwiązujemy konkretne problemy, najczęściej wspólne. Jednocześnie, może trochę paradoksalnie, trzeba być asertywnym, potrafić wysłuchać każdą ze stron konfliktu przed podjęciem decyzji i komuś odmówić. Oczywiście trzeba być odpornym na stres i nie poddawać się po porażce. Trzeba być pracowitym, konsekwentnym i upartym w realizacji celu. Trzeba mieć zdolność do podejmowania ryzyka, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Jak łatwo zauważyć nie są to cechy konstytutywne osobowości samego burmistrza, ale właściwości całego, dobrze działającego samorządu.
– Jaka Pańskim zdaniem jest recepta na jego prawidłowe funkcjonowanie?
– Kompetentny, zaangażowany zespół. Twierdzę, że nie rządzę, lecz przewodzę tej grupie ludzi. Na czym polega różnica? Przewodzenie to rodzaj relacji międzyludzkich. Pokazuję jedynie kierunek i pilnuję jego realizacji. Szanuję kompetencje swoich współpracowników i pozwalam na swobodę w formułowaniu koncepcji konkretnych rozwiązań. Wielu liderów to sytuacja korzystna dla grupy. Przywódca musi wtedy bardzo dbać, aby nie było konfliktów wewnątrz grupy składającej się z silnych jednostek. Powstaje pytanie o skutki. Dla przykładu, jesteśmy jedną z jednostek samorządu terytorialnego, myślę, że w skali kraju, które dobrze wykorzystały możliwości pozyskiwania zewnętrznych źródeł finansowania inwestycji, chociaż wszyscy mieli jednakowe szanse.
– Nie czuje Pan czasem irytacji słuchając pomysłów i propozycji wziętych z księżyca? Bo przecież zdarzają się i takie.
– Wspomniałem już o potrzebie empatii. Padają pytania, dlaczego Multifunkcyjne Centrum Rozwoju powstaje wolniej od oczekiwań, dlaczego w centrum miasta nie ma wielopoziomowego parkingu. Są to pytania zasadniczo słuszne z życzeniowego punktu widzenia, natomiast biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, przede wszystkim finansowe, ten medal ma nie dwie, ale może nawet sześć stron. Naturalnie Centrum powstanie, bo jest potrzebne mieszkańcom i miastu, by wspięło się na kolejne piętro rozwoju. Natomiast już teraz wycenia się jego budowę na ponad 70 mln zł, a nasze starania o zewnętrzne dotacje zaowocowały dotychczas kwotą nieco ponad 20 mln zł. Pamiętamy budowę Parku Avia. Inwestycja okazała się dużym sukcesem, ale kosztowała ponad 50 mln zł, pochodzących prawie wyłącznie z budżetu miasta. Czujemy jeszcze, jak to bolało.
– Ćwierć wieku to szmat czasu. Którą z kadencji wspomina Pan jako najtrudniejszą?
– Każda z kadencji samorządu, a przeżyłem ich już klika, miała swoją specyfikę. Jako najbardziej dramatyczną wspominam tę z połowy lat 90., kiedy byłem radnym mimo że kończąca się za parę miesięcy jest również niezwykle trudna z powodu covidu i wojny. Przez brak zamówień na śmigłowce, PZL-Świdnik stał wtedy w obliczu upadku. Pamiętam dramatyczny czas, kiedy pracę traciło tysiące ludzi. Nie był to przecież tylko problem zakładu. Kadrę pracowniczą PZL stanowili w większości mieszkańcy Świdnika. Dramat zakładu był w takim samym stopniu egzystencjalnym zagrożeniem dla miasta. Kiedy po przejściu najtrudniejszych czasów, już w 2006 roku, otrzymałem od prezesa Mieczysława Majewskiego symboliczną szablę, jako wyraz uznania za popieranie firmy w krytycznych chwilach, jakiś „znawca” białej broni orzekł, że warta jest może kilkaset złotych. Odpowiedziałem, że nie kilkaset złotych, ale tyle, ile warte były działania, które ratowały zakład i miasto. A co poczytuję sobie za sukces tamtych lat? Odpowiem symbolicznie: to, że dzieci nadal chodziły do szkoły i świeciły się miejskie latarnie.
– Lubi Pan używać terminu „montaż finansowy”. Pachnie to trochę innym sformułowaniem – kreatywna księgowość…
– Ale nie ma z nią nic wspólnego, ponieważ nie polega na fałszowaniu danych finansowych, lecz na takiej relokacji środków i korzystaniu z nadarzających się szans, by zrobić dla miasta jak najwięcej dobrego. Przykładem jest emisja obligacji. Spotykam się z zarzutem, że prowadzą do zadłużania miasta. Prawda jest taka, że obligacje, zgodnie z prawem, mogą emitować tylko samorządy znajdujące się w dobrej sytuacji finansowej. Po drugie, pochodzące z nich środki nie są konsumowane, lecz przeznaczane na inwestycje służące rozwojowi, w tym tworzeniu nowych miejsc pracy, a zatem, finalnie, zwiększeniu wpływających do kasy miasta kwot z tytułu podatku od prowadzenia działalności gospodarczej i dochodów osób fizycznych.
– W rankingu Regionalnego Oddziału Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej podkreślano znaczenie danych statystycznych…
– W każdym z szesnastu wskaźników byliśmy w czołówce. W tym właśnie tkwi nasza siła, że żadnej dziedziny życia miasta nie pozostawiamy samej sobie.
– W rozwoju miasta, przynajmniej w niektórych aspektach, ocieramy się o granice. Nie dysponujemy wielkim terytorium, nawet dużym nie dysponujemy. Trudno o ekspansję urbanistyczną. Patrzymy na to często w perspektywie kilku lat, może warto spojrzeć na dwadzieścia do przodu?
– Nie jestem jasnowidzem, więc powiem tak: Różne ośrodki miejskie wybierają rozmaite rozwiązania strategiczne. Te bogatsze, szczególnie wokół Warszawy, ograniczają dopływ kapitału inwestycyjnego, bo pieniądze już są, a teraz, w luksusie, bardziej potrzebują ciszy i spokoju. My oczywiście nie jesteśmy jeszcze na tym etapie. Potrzebny jest nam kapitał i skutecznie zachęcamy go do lokowania się w Świdniku. W niektórych opracowaniach naukowych mówi się, że miasto zaczyna się, tak naprawdę, po osiągnięciu liczby ok. 60 tysięcy mieszkańców. Tylko że sytuacja Świdnika jest inna, w pewnym sensie bardziej komfortowa. Nie musimy organizować pewnych funkcji miejskich, na przykład budować teatru, bo mamy go za szosą, 20 minut jazdy samochodem spod domu. Mawia się czasem, że Świdnik jest sypialnią Lublina, nie do końca polegając na prawdzie. Przecież wielu lublinian pracuje choćby w PZL, a sypia w Lublinie, podobnie jest z mieszkańcami ościennych gmin. Od pewnego czasu powstaje koncept Lubelskiego Obszaru Metropolitalnego. Obejmuje on całkiem spory obszar, zahaczając nawet o Puławy, bo to wizja naprawdę przyszłościowa. Powstała jego mapa, a na niej zaznaczone na czerwono centrum. Obejmuje jedynie Lublin i Świdnik, więc o naszą pozycję w przyszłości możemy, jak sądzę, być spokojni.
Jan Mazur
Artykuł przeczytano 669 razy
Last modified: 10 grudnia, 2023



