poniedziałek, 26 lipca 2021r.

Najpiękniej w życiu być pszczelarzem

Autor: |

Chyba nie ma na świecie osoby, która nie doceniałaby niezwykłych właściwości miodu. Jest nie tylko naturalnym słodzikiem, ale też cennym lekiem, który wzmacnia organizm i pomaga w walce z chorobami. Wiadomo, że ten niezwykły, złoty płyn zawdzięczamy pszczołom. Nie każdy jednak wie, jak wygląda praca wśród tych pożytecznych owadów. O byciu pszczelarzem rozmawiamy z Krzysztofem Kukawskim, świdniczaninem, który od 20 lat ma własne pasieki. A wszystko zaczęło się w rodzinnym domu…

– Jak to się stało, że zainteresował się Pan pszczelarstwem?

– Zetknąłem się z nim jako siedmioletni chłopiec. Ojciec miał przydomową pasiekę. Początkowo w opiece nad nią pomagał mu dziadek, jednak gdy zmarł, zająłem się tym ja. Pozostali w rodzinie bali się podchodzić do uli, bo pszczoły były bardzo agresywne. Ja nie czułem lęku. To właśnie przy ojcu nauczyłem się rozróżniać te owady. Dowiedziałem się, jak wygląda matka, robotnica i truteń. Nauczyłem się obchodzić z plastrami. Przekonałem, że trzeba być bardzo ostrożnym przy ich wyjmowaniu z ula, bo pszczoły reagują na każdy gwałtowny ruch i atakują, szczególnie okolice oczu. Natomiast samodzielnie pszczelarstwem zająłem się w 2001 roku. Mój przyjaciel, Józef Jakson, który już niestety nie żyje, zaraził mnie pasją jeszcze bardziej niż ojciec. Dzięki jego pomocy, ale też dzięki szkole w Pszczelej Woli, gdzie ukończyłem kurs mistrzowski, udało mi się założyć i rozmnożyć hodowlę. W porównaniu do tej, którą miał ojciec, moje pszczoły są bardzo łagodne i wyselekcjonowane. Wiele pomógł mi z tym Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie. Muszę jednak przyznać, że współczesne pszczoły nie są przystosowane do naszych warunków. To gatunek włoski, który jest ciepłolubny. Tej zimy miałem do 23 procent strat. Ten, który hodował mój ojciec, był środkowoeuropejski. Idealny do klimatu panującego w Polsce.

– Pszczelarz to zawód o długich i bogatych tradycjach. Jak wyglądała jego nauka?

– To specyficzny zawód, bo nie dość, że trzeba mieć duże wiadomości na temat prowadzenia pasieki, to też być przy pszczołach i nie bać się ich. Trzeba być bardzo spokojnym. Przez wiele lat byłem instruktorem nauki jazdy. Oprócz przekazywania wiedzy uczniowi, musiałem też dbać o bezpieczeństwo na drodze. Podobnie jest z pszczołami. Za chwilę pojadę do pasieki, by pobrać owady i zabrać je do uli umieszczonych na dachu Galerii Vivo. Nie zimują tam, ponieważ to bardzo wietrzne miejsce i nie poradziłyby sobie. Żeby je przewieźć, muszę je wyjąć i umieścić w skrzynce z wentylacją. Muszą być tak zabezpieczone, że gdy będę je przewoził, żadna nie wydostanie się na zewnątrz. Będą przecież w samochodzie, potem w windzie. Nie mogę narażać ludzi. Nauka w Pszczelej Woli była ukierunkowana właśnie w stronę zachowania bezpieczeństwa. Fachowcy ze szkoły podkreślali, by być bardzo spokojnym, inaczej agresja wyzwoli agresję. Jeśli przyciśniemy pszczołę, zacznie wytwarzać zapach wojny i nastąpi masowy atak całego ula. W pełnym sezonie jedna rodzina może liczyć nawet 100 tysięcy owadów. To naprawdę dużo. Wiadomo, że młode, które dopiero się urodziły, nie atakują, bo ledwo chodzą. Muszą się wyżywić i podrosnąć, by przejść do kolejnych etapów pracy. Te starsze są na pożytku. Do pracy przy ulu wybiera się więc takie momenty, kiedy jak najwięcej pszczół jest poza nim. Pamiętam, że u ojca miód zbieraliśmy tylko o godzinie 11.00 albo 13.00.

– Mamy warunki do hodowania pszczół w miastach?

– Trzy lata temu nawiązałem kontakt z przedstawicielem firmy Pszczelarium, która zaproponowała mi założenie pasieki na dachu Galerii Vivo w Lublinie. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, bo obawiałem się spalin. Mój rozmówca szybko mnie jednak przekonał. Badania pokazują, że miód zbierany w miastach jest wolny od pestycydów, bo nie ma tu rolników, którzy spryskują pola środkami owadobójczymi. Owszem, zimą, kiedy wielu ludzi dogrzewa domy, jest problem z zanieczyszczeniami. Wiosną czy latem możemy się jednak cieszyć czystym powietrzem. W Świdniku pasiekę umiejscowiłem na osiedlu Adampol. Obecnie liczy ona 13 rodzin, ale był czas kiedy miałem ich nawet 40. Polecam więc pasieki w miastach. Od wieków pszczoły żyły wśród ludzi i z niczym to nie kolidowało. To owady, które zapylają głównie sady, kwietne łąki, truskawki, czosnek, cebulę, wszystko. Tych dziko żyjących zapylaczy jest już niewiele, bo nie są chronione. Rolnicy, jeśli nieumiejętnie wykonują opryski, trują je.

– Skąd bierze się w nas ta nieświadomość?

– Myślę, że każdy dba o czubek własnego nosa. Pszczelarz zajmuje się pszczołami, bo przynoszą mu korzyści, rolnik z kolei dba wyłącznie o swoje plony. Można jednak wszystko pogodzić, by obie strony były zadowolone. By chronić pszczoły, ale jednocześnie mieć korzyści z plonów. To jest możliwe, tylko trzeba to robić w odpowiednim czasie. W tej chwili rolnicy posiadający opryskiwacze, muszą mieć certyfikaty na opryski. Przechodzą kurs, podczas którego dowiadują się, jak przestrzegać instrukcji użycia środka chwastobójczego, owadobójczego czy odżywki, która w zasadzie nie jest trucizną, ale dla pszczół jest zabójcza. Kiedy usiądzie na rzepaku opryskanym odżywką, zaczyna inaczej pachnieć. Przez to, mimo że niesie nektar lub pyłek, nie zostanie wpuszczona do ula i zginie. Wiadomo, że dla rolników najważniejszy jest plon. Niech stosują te wszystkie środki, ale niech robią to zgodnie z przepisami. Słyszałem o pszczelarzu, który zobaczył, że rolnik pryska w południe rzepak i podszedł do niego. Zatruł się do tego stopnia, że miesiąc spędził w szpitalu. Tak toksyczne są to substancje. Innym zagrożeniem jest warroza. Nieleczone owady nie są w stanie przetrwać. Naukowcy jeszcze nie opracowali skutecznego lekarstwa na tę chorobę.

– Wspominał Pan, że ma kilka pasiek.

– Mam ich łącznie osiem: w Świdniku, Lublinie, Olszance, Podzamczu oraz Białej Podlaskiej. W opiece nad nimi pomagają mi koledzy i żona. W okresie jesienno-zimowym przygotowuję plastry, korpusy, ramki. Wszystko jest oczyszczone – wystarczy tylko wstawić. Dzięki temu moja praca przy ulu zajmuje dosłownie pięć minut. Natomiast, jeśli chodzi o miodobranie,  wszystko trwa trochę dłużej. Trzeba zabrać z ula plastry z miodem i od razu wstawić puste, by pszczoły nie odczuwały przerwy. Wiele zależy też od zbiorów. Jeśli jest mało miodu, naturalnie idzie to szybciej. Jeśli dużo, schodzi się dłużej.

– Jak przygotowuje się miód do sprzedaży?

– Powiatowy Inspektorat Weterynarii wymaga, żeby pomieszczenie było przeznaczone wyłącznie do produkcji miodu. Posadzka w nim powinna się łatwo czyścić, a okna i drzwi być szczelne. Jak natomiast powstaje miód? Z nektaru wydzielanego przez kwiaty lub ze spadzi. To, co pszczoły przynoszą do ula, ma w sobie około 40 procent wody. Muszą to wielokrotnie przerobić, żeby zagęścić i odparować miód do 16, 18, maksymalnie 20 procent wody. Trzeba też sprawdzić, czy jest dojrzały. Kiedyś robiło się to tak, że gdy strzepywało się pszczoły z plastra i nie wyciekał z niego nakrop, miód nadawał się do kręcenia. Dzisiaj korzystamy z refraktometru. Wystarczy pobrać kroplę miodu, by zbadać w nim zawartość wody. Jeśli pokazuje 16, 18 procent, jest gotowy do zbioru. Kiedyś, razem z kolegą, w którym zaszczepiłem pszczelarską pasję, postanowiliśmy pobrać próbkę z gniazda, czyli tam, gdzie pszczoły najpierw przynoszą swoją zdobycz. Okazało się, że miód miał w sobie 40 procent wody. To oznacza, że nie wolno go pobrać, bo sfermentuje.

– Ile razy do roku organizuje Pan miodobranie?

– Zależy od roku. W ubiegłym, z uli na dachu galerii nie było czego zbierać, natomiast dwa lata temu od jednej rodziny miałem 60 kg. Co roku, w Galerii Vivo organizujemy pokazowe miodobranie. Ludzie nie mają pojęcia o zbieraniu miodu, więc chętnie się przyglądają.

– Pana miodu nie znajdziemy na sklepowych półkach. Gdzie więc możemy go kupić?

– Przez kilka lat stałem na targu. Od dwóch lat sprzedaję miód w domu. Ludzie mogą zobaczyć, w jakich warunkach jest pobierany. Miód ma być czysty i wlany do nowych słoików, a nie po różnych przetworach. Musi być też oznaczony etykietą, żeby klient wiedział, skąd pochodzi.

– Pszczoły dają nam nie tylko miód.

– Najważniejszą rolę, jaką spełniają, to zapylanie roślin. Poza miodem, wytwarzają oczywiście wosk. Przynoszą też bardzo cenny propolis, czyli tak zwany kit pszczeli. Pobierają go z pąków drzew i wykorzystują do odkażania oraz uszczelniania ula. Ja też go pozyskuję, obskrobując ule, które były używane przez dwa lata, a następnie opalając oczyszczony ul. Od pszczół można również pozyskiwać jad, który ma właściwości lecznicze. Dla niektórych osób bywa jednak zabójczy. Można też pobierać mleczko, czyli produkt, którym odżywiane są larwy robotnic, trutni i matek. Jest bardzo zdrowe, ale drogie.   

– Z fachem zapoznał Pana tata. Kto w przyszłości przejmie pszczelą pałeczkę?

– Mam czwórkę dzieci, trzech zięciów, jedną synową i dziesięcioro wnucząt, ale do tej pory nikt się tym nie interesował. Są bardzo zajęci zawodowo. Rozumiem ich, bo sam przez 30 lat pracowałem w pogotowiu ratunkowym, a przez ponad dwadzieścia prowadziłem szkołę nauki jazdy. Nie wiem, co będzie z pszczołami. Byłoby szkoda, gdyby hodowla przestała istnieć. Mam 150 uli i 70 rodzin. Można ją jeszcze powiększyć. Uważam jednak, że mój następca bez szkoły w Pszczelej Woli sobie nie poradzi. Te wiadomości, które mu przekażę są bardzo ważne, bo dotyczą praktyki. To zaledwie 5, 10 procent wiedzy ogólnej. Nie widzę jednak, by ktoś z rodziny obserwował zachowania pszczół. Czasem przygląda im się trzyletnia wnuczka Kasia. Może zięć albo syn? Szkoda by było, żeby tak to się skończyło.

Agata Flisiak

Artykuł przeczytano 1083 razy

Last modified: 22 maja, 2021

Registration

Zapomniałeś hasło?