wtorek, 24 listopada 2020r.

Folkowe przyciąganie

Autor: |

“Leszczyniacy” to społeczność kosmicznie klimatyczna. Tworzą ją ci, którzy niby ją już opuścili, ale ciągle wracają, ci, którzy w niej są i ci, którzy nie przypuszczają jeszcze nawet, że będą do niej należeć. Od 36 lat trzyma ją przy sobie pole grawitacyjne Beaty i Lecha Leszczyńskich. Ponieważ zespół jest kandydatem do tytułu Świdniczanin Roku 2019, zadaliśmy im kilka bardziej lub mniej oczywistych pytań. Do tych drugich, z pozoru, należała kwestia…

– …a skąd właściwie bierzecie chłopaków? Dziewczęta są artystyczne genetycznie, chłopcy niekoniecznie. Sam, pod naciskiem rodziców, chodziłem dekady temu na zajęcia zespołu tańca jakoby nowoczesnego i nieszczególnie mi się to podobało.

– Jeśli chłopak przyjdzie do zespołu w młodym wieku, łapie bakcyla. Taniec w zespole to nie tylko praca. To nawiązywanie znajomości, przyjaźni, przebywanie ze sobą, budowanie wspólnoty. Jeśli jedziemy trzy dni autobusem do Turcji, wspólnie jesteśmy zmęczeni, wspólnie głodni, wspólnie chce nam się pić. Przyjaźnie nawiązywane w grupie trwają bardzo długo. „Oldboje” spotykają się, czasem gościnnie uczestniczą w koncertach. Najczęściej ich aktywność kończy się, kiedy zakładają rodziny. Nowe obowiązki…zrozumiałe. Wiele par poznało się w “Leszczyniakach”.

– Rozmawialiśmy ostatnio, wiosną ubiegłego roku, z okazji 35-lecia Zespołu Tańca Ludowego „Leszczyniacy” i przyznam, że wyczerpały mi się wszystkie oryginalne pytania. Proszę wobec tego, żebyście Państwo zadali sobie pytanie, którego nikt jeszcze nie zadał.

– Łatwo nie będzie, ale jubileusz był udany. Ulegliśmy sugestiom burmistrza Waldemara Jaksona, zawierzyliśmy Panu Bogu i własnym przeczuciom, że nie będzie padać. Wiosenna temperatura była znośna i trzydniowe obchody odbyły się na świeżym powietrzu. Mieliśmy wielu gości, którzy są równocześnie naszymi przyjaciółmi, więc święto było, według naszego zdania, godne okazji. Niestety pandemia sprawiła nam przykrą niespodziankę. Po wzmożonych, jubileuszowych przygotowaniach zespół był w bardzo dobrej formie, ale nie mógł już koncertować, chociaż dostaliśmy kilka zaproszeń, choćby na festiwal do Baranowa Sandomierskiego.

– Miejscowość mało znana w szerokim świecie, ale festiwal, jak rozumiem, zacny.

– Zacny i ogólnopolski. Miejsce, w którym spotykają się zespoły młodzieżowe, takie do 18. roku życia. Mieliśmy też jechać do Olecka, na Mazury, na występy z okazji Święta Niepodległości. Jednak burmistrz, z powodu COVID-19 je odwołał. Mogliśmy wystąpić online, jednak taki koncert jest jak mecz piłkarski bez kibiców. Jest taniec, ale nie ma radości tańczenia. 2 października udało nam się wystąpić przed Pierwszą Damą Rzeczpospolitej w Centrum Spotkań Kultur, na wojewódzkim finale odbywającego się pod jej patronatem konkursu „Kobieta Gospodarna, Wyjątkowa”. Obawiamy, się, że był to nasz ostatni tegoroczny koncert. Ale z innej beczki, bardziej radosnej, podczas jubileuszu wystąpiła grupa rodziców, którzy postanowili wrócić na scenę i pracują z nami do dzisiaj. Uzyskaliśmy ministerialne wsparcie ich zajęć. Kupiliśmy komplet nowych strojów, w których trenują tańce lubelskie. Mamy osiem par, wszystkie ze Świdnika.

– Co młodych ciągnie do folku? Wydaje się, że nie jest to najbardziej popularny kierunek rozwoju artystycznego.

– Chyba atmosfera w zespole. W starszej grupie, jeśli mamy uroczystości typu śluby, wesela, uczestniczy w nich cały zespół. Goście zauważają jak kolorowe może być takie wesele, a dzieci rwą się żeby do zespołu wstąpić. Ogromnie podobają im się stroje, szczególnie maluchom. Oprowadzane po garderobie, szeroko otwierają buzie w zachwyconym wow…

– Najcieplejsze przyjęcie podczas wojaży zagranicznych doświadczyliście w…

– Wiele było najcieplejszych. Może to w Turcji, do której właśnie jechaliśmy autobusem trzy dni. Mimo że byliśmy spóźnieni wiele godzin, w hotelu czekał na nas zespół dziecięcy. Każdy dostał kwiaty, drobny upominek, było bardzo miło.

– A które z licznych wyróżnień uważacie za najcenniejsze.

– Miejscowe, świdnickie i lubelskie. Jeśli dzieci i ich rodziny widzą, że jesteśmy doceniani na własnym rynku, jest to dla nich bardzo ważne. Budzi w nich ambicję dalszego kształcenia, czasem przeniesienia się do innych zespołów, gdzieś w Polsce. Ale nie zrywają kontaktów z nami. Do zespołów w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu, jeśli mówią, że pochodzą od “Leszczyniaków”, są przyjmowani bez egzaminu. Wracając do wyróżnień, ważna była dla nas nagroda na festiwalu w Budapeszcie, gdzie, jako zespół amatorski, w gronie zawodowców, dysponujących bogatym zapleczem, zdobyliśmy pierwsze miejsce.

– Zastanawiam się, co też ciągnie do Was  „olbojów”  po zakończeniu współpracy z zespołem. Przecież nie było tak, że zapisali się do grupy, założyli stroje, wyjechali na zagraniczne koncerty i zdobyli nagrody. To kawał harówy i dyscypliny…

– …I szkoły życia, umiejętności organizacji pracy, pogodzenia prób, wyjazdów z zajęciami w szkole. U nas nie ma podziału na starszych i młodszych. Bywało, że licealiści przyjeżdżali przed rozpoczęciem próby, żeby pomóc młodszym rozwiązywać szkolne problemy. Wyjeżdżając, czy to w Polsce, czy za granicę, uczą się zachowania wobec głów państw, ambasadorów, poznają różne sytuacje, spotykają różnych ludzi. Przychodzi potrzeba nawiązania kontaktu, a więc i nauczenia się obcego języka. Musimy powiedzieć im, jak znaleźć się w nowej sytuacji, jak ubrać na daną okazję. Przez to stajemy się rodziną, a rodzina się odwiedza. Nasz syn, ostatni z trzech, którzy stale występowali w zespole, mieszka i uczy się w Lublinie, ale wszystkich przyjaciół ma  Świdniku.

– Jak polska kultura ludowa postrzegana jest na świecie?

– Zdecydowanie lepiej niż w Polsce. Różnorodność repertuaru, przepych kostiumów, temperament, żywiołowość, są dla nich wspaniałe, chociaż w przeciwieństwie do Słowaków, Czechów czy Węgrów, nie mamy szkół tańca ludowego. Swego czasu złożyliśmy w Ministerstwie Kultury projekt „Szkoła folkloru polskiego”, który nie znalazł uznania. Dlaczego? – Bo we wszystkich województwach będą chcieli taką mieć – padła odpowiedź. Świat szczyci się swoim folklorem, chociaż czasem jest on bardzo ubogi w porównaniu z naszym. W Polsce wiejskie pochodzenia i tradycja nie są w modzie, a Japończycy na jej widok wpadają w zachwyt. Na szczęście mamy ponad czterdzieści studenckich zespołów ludowych w całej Polsce, które, chociaż amatorskie, reprezentują naprawdę wysoki poziom. Mamy przyjaciół w Niemczech.  Zazdroszczą nam, że w Polsce są ciągle zespoły ludowe, no i właśnie, że mamy w nich chłopaków. Jeszcze dziesięć lat temu też mieli takie grupy, teraz prawie wcale. Ale jeśli już, to chłopaka nie uświadczysz.

– Wyjazd zagraniczny to owszem, atrakcja, ale nie taka już sensacja czy koszt jak 20 czy 30 lat temu. Oczywiście, w dalszym ciągu nie każdy może sobie pozwolić na wycieczkę do Japonii…

– Nieważne czy wyjazd jest krajowy, czy zagraniczny. Liczy się przeżywanie wspólnoty.

– Który region Polski jest dla Państwa najbardziej atrakcyjny pod względem kultury ludowej ?

– Sądecczyzna i Łowicz. Strój łowicki, owszem, bogaty, ale ubrać mieszczankę z Żywca, to dopiero sztuka. Siedem halek, ręcznie dziergane koronki…trzeba by zebrać dzisiaj 80 tysięcy złotych, żeby taką mieszczankę ubrać. Mężczyźni przy nich nie robią wrażenia. Spodnie,  żupany, sukmany, sama skromność w porównaniu z kobietami.

– Czego życzylibyście sobie Państwo na 40-lecie zespołu, jeśli przetrwamy koronawirusa?

– Żeby utrzymać to co jest – edukację dzieci, koncertowanie, żeby młodzież doceniała, że folklor to nasze narodowe korzenie, nasza tradycja, z której wyrastamy.

Jan Mazur

Artykuł przeczytano 680 razy

Last modified: 23 października, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?