środa, 27 stycznia 2021r.

Dzień klęski i chwały

Autor: |

13 grudnia 1981 roku. Tę datę, dzień wprowadzenia przez komunistyczny reżim stanu wojennego pamięta jeszcze wielu, ale coraz mniej wzbudza on emocji. Nawet wśród tych, którzy byli aktywnymi uczestnikami wielkiego ruchu pierwszej „Solidarności”. Swoje odcierpieli, odsiedzieli. Żyją od 30 lat w innej Polsce. Do tamtej nie tęsknią, ale ta też nie zawsze im się podoba. Wypada jednak wspomnieć o tym, co czuli w mroźne dni grudnia 1981. Jednym z nich był Alfred Bondos, który odszedł od nas 8 czerwca. Niewielu mogło podzielić się z nami wspomnieniami takimi, jak on.

– Wieczorem, 12 grudnia 1981 roku, byłem wraz z Ryszardem Kuciem na spotkaniu ze związkowcami z Włoch. Planowaliśmy organizację wymiany dzieci i młodzieży – wspomina Alfred Bondos. Czas był wtedy już niespokojny. Trwało pogotowie strajkowe, w zakładzie stale ktoś dyżurował. W powietrzu czuło się, że zbliża się czas konfrontacji. Mówiło się o ruchach wojska i milicji.

– Piątkowe spotkanie zakończyło się dość późno, a musieliśmy jeszcze dostać się do Świdnika. Nie było żadnego autobusu, więc w desperacji zatrzymałem pług śnieżny i tym pługiem dotarliśmy do dworca PKP. Na szczęście ostatni pociąg do Chełma jeszcze nie odjechał.

Bondos otwieraj!

Ledwie zasnąłem, kiedy całą rodzina obudziło łomotanie do drzwi. Spojrzałem na zegar, było 20 minut po pierwszej. Z korytarza ktoś krzyczał: Bondos otwieraj! Przez „judasza” zobaczyłem, że przed drzwiami stoi kilku mundurowych milicjantów i kilku cywilów. Błyskawiczne zdecydowałem się na ucieczkę. Powiedziałem żonie, żeby jak najdłużej przetrzymywała milicjantów przed drzwiami, a sam zarzuciłem na siebie kurtkę, wskoczyłem w buty i przez balkon, pomiędzy sznurkami opuściłem się na ziemię. Blok nie był obstawiony, bo kto by się spodziewał, że spróbuję uciekać przez balkon z drugiego piętra. Cała grupa, która miała mnie aresztować weszła na górę zostawiając w nysce, zatrzymanego wcześniej, Ryszarda Kucia.

Kiedy milicjanci biegali dookoła bloku ja dochodziłem już do Racławickiej. Potem skierowałem się na Przodowników Pracy (dzisiejsza al. Lotników Polskich) i ku fabryce. Taka była bowiem umowa: w razie zagrożenia zbieramy się w zakładzie.

Ewakuacja z „Iskry”

Od starego domu kultury nadjechał samochód z kilkoma cywilami w środku. Kiedy mnie zauważyli, zawrócili. Zaryzykowałem wejście do „Iskry”, która była wtedy klubem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. W klubie trwała jakaś impreza. Zauważyli chyba, że jestem wystraszony, bo zapytali co się stało. Aresztują Solidarność – odpowiedziałem. Kierownik klubu natychmiast wyprosił wszystkich i pomógł mi ukryć się w jakimś magazynku. Właściwie do tej pory, przez ćwierć wieku nie miałem okazji, żeby mu za to podziękować. W klubie został jeszcze jeden młody chłopak. Skacząc z balkonu zwichnąłem nogę. Usztywniliśmy ją owijając czerwona flagą. Zacząłem telefonować do zakładu i innych kolegów – związkowców. W pewnym momencie telefon zamilkł. Zacząłem więc pisać na kartkach „Solidarność ” aresztują i poprosiłem chłopaka, żeby je rozprowadził gdzie się da. Z tego co wiem, rozrzucał je nawet po pociągach.

O szóstej rano ludzie zaczęli schodzić się do zakładu dowiadując się z różnych stron, że stało się coś niedobrego. O stanie wojennym nie było jeszcze wiadomo, bo Jaruzelski ogłosił go w telewizji dopiero koło południa. Ja siedziałem ciągle w magazynku i zastanawiałem się, komu mogę teraz zaufać. Między 9 a 10 wokół Iskry powstał jakiś harmider. Zagrzebałem się głębiej w jakichś rupieciach czekając, co będzie dalej. Nagle ktoś zaczął wołać mnie po imieniu. Okazało się, że Szpilewski, przewodniczący jednej z wydziałowych organizacji związkowych, dostał którąś z moich kartek. Natychmiast zorganizował odsiecz. Przyjechali po mnie z zakładu karetką pogotowia, a ludzie utworzyli szpaler uniemożliwiający ewentualną akcję milicji.

Wojenna mobilizacja

W hali nr 1 byli już: Zofia Bartkiewicz, Andrzej Sokołowski, Stanisław Pietruszewski i inni. Przypadło mi zadanie obsługi radiowęzła. Zajmowałem się nim aż do pacyfikacji zakładu 17 grudnia. W radiowęźle koncentrowało się wtedy całe życie strajkującej załogi. Czytałem komunikaty Regionalnego Komitetu Strajkowego, który mieścił się w WSK, ale też wiadomości od rodzin i różnego rodzaju komunikaty.

Nigdy nie zapomnę ostatniego wieczoru strajku, kiedy władza postanowiła rozpędzić go siłą. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później musi to nastąpić. Niektórzy chcieli walczyć. Mieliśmy broń: różnego rodzaju gazy potrzebne do produkcji, wodę – cały ogromny zbiornik górujący nad fabryką wypełniony był po brzegi. Podjęliśmy jednak decyzję, że zastosujemy tylko opór bierny. Są tacy, którzy do tej pory mają do nas o to pretensje. Ja jednak nie byłbym dzisiaj w stanie spojrzeć w oczy wdów i sierot, a  ofiar zbrojnego starcia byłyby setki. Z perspektywy czasu uważam, że z nasza decyzja była słuszna.

17 grudnia siedziałem jak zwykle w studiu radiowęzła. Kiedy zaczęła się akcja wojska i ZOMO miałem przegląd sytuacji w całym zakładzie. Wszędzie rozstawieni byli ludzie z krótkofalówkami, którzy relacjonowali na żywo wydarzenia. Proszę sobie wyobrazić wrażenie, jakie ma się słysząc wybuchy, strzały i słowa w krótkofalówce: Czołg rozbija mur! Odwraca lufę! Kończę…

Przewidując, że w wypadku ataku na zakład opór zostanie w końcu przełamany nagrałem wcześniej kasetę z apelem do załogi, piosenkami Jana Pietrzaka, przemówieniem generała  Boruty-Spiechowicza wygłoszonego do żołnierzy w czasie I Zjazdu „Solidarności”. Kiedy ZOMO zaczęło opanowywać biurowiec włączyłem kasetę i wyszedłem z reżyserni. Przed wyjściem od wewnętrznej stronie drzwi ustawiliśmy metalową belkę, która po ich zamknięciu zadziałała jak zapadka. Zomowcy nie mogli jej sforsować i jeszcze długo po zakończeniu kasety słyszałem w głośnikach szum pracujących wzmacniaczy. Myślę, że radiowęzeł był wtedy jednym z najważniejszych punktów oporu. Dlatego z taką zaciekłością starali się go zdobyć, a on trwał, dopóki nad ranem nie wdarli się do środka.

Azyl podziemia

Kiedy ludzie wychodzili ze zdobytego, zagazowanego, spałowanego zakładu na bramie stali ubrani po cywilnemu esbecy, którzy wyławiali „prowodyrów” strajku. Zdecydowaliśmy, że niektórzy z nas musza zniknąć. Drogą w kierunku kuźni doszliśmy do magazynku acetylenowni. Przewodnikiem był Henio Gontarz. Tam koledzy mnie zamknęli i tam spędziłem kolejne cztery dni. Nie bardzo orientowałem się w sytuacji. Pod okienkiem krzyżowała się trasa zomowskich patroli. Od czasu do czasu wpadał Jan Borysiuk, który na całe miesiące miał się stać moim jedynym łącznikiem ze światem.

Na początku tych czterech dni spędzonych w magazynku doznałem szoku. Po miesiącach przeżytych na najwyższych obrotach, czterech dniach ostatniego strajku i huku bitwy o zakład, nagle zapadła rozbijająca mózg cisza. Słychać było tylko własne myśli: koniec nadziei, co dalej, co z najbliższymi…?

Po czterech dniach Janek Borysiuk powiedział, że musimy zmienić miejsce ukrycia, bo SB przeszukuje cały zakład. Nocą przeszliśmy kilkaset metrów i Janek kazał mi schodzić do kanału. Jak się okazało pisane mi było spędzić w nim kolejne cztery miesiące – ze świeczką, latarką, zimnem, w jednych waciakach, z krótkimi listami od rodziny i strachem po usłyszeniu każdego hałasu w pobliżu. Przyznaję, że miewałem wtedy myśli samobójcze. Pomógł mi różaniec. Postanowiłem, że nie wolno mi tak ze sobą skończyć…

Po czterech miesiącach po raz pierwszy zobaczyłem światło dzienne. Koledzy wywieźli mnie z zakładu samochodem głównego dyspozytora, o czym on oczywiście nie wiedział. Z podrobioną przepustką, przewieźli przez dwa posterunki: wojskowy i straży przemysłowej. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem swoją zarośniętą, wychudłą twarz – rozpłakałem się…

Potem były miesiące ukrywania się na wsi pod Łęczną i w Lublinie. Było już trochę lżej. Widywałem rodzinę, trafiłem na uczciwych ludzi. Chociaż niektórzy okoliczni mieszkańcy zauważyli moją obecność i rozpoznali mnie, nikt nie zdradził. Na lubelskim LSM-ie, dzięki mojemu przyjacielowi Tomkowi Siudymowi, zamieszkałem u starszej pani, która prowadziła bardzo aktywne życie kulturalno-towarzyskie. Schodzili się niej liczni znajomi, podobnie jak ona w podeszłym wieku, odbywały koncerty fortepianowe. Jako lokator często uczestniczyłem w tych spotkaniach nie wiedząc, że doskonale orientują się w mojej sytuacji.

Niewola powierzchni

W 1984 roku ujawniłem się i trafiłem na pół roku do więzienia. Kolejne lata spędziłem na utarczkach z „ludową władzą”, która robiła wiele, żeby uprzykrzyć mi życie.

Są ludzie, którzy w najtrudniejszych chwilach początku stanu wojennego zasłużyli na moją dozgonną wdzięczność. Należy do nich Janek Borysiuk – człowiek w kufajce, z torbą hydraulika pod pachą. Jego obecność w zakładzie o każdej porze dnia i nocy nie budziła czujności SB, a jego pomysłowość i poświęcenie pozwoliły mi uniknąć aresztowania. Przez wiele miesięcy był dla mnie jedynym kontaktem z rodzina i światem.

Od tragicznych grudniowych dni 1981 roku w Polsce zmieniło się wiele. Niektórzy narzekają, że nie o taką walczyli. Czasem zdarza się, że ci, którzy przeżyli wtedy najmniej, dziś formułują najbardziej radykalne sądy.  Jestem dumny z tego, ze udało nam się wtedy uniknąć ofiar, że scementowaliśmy całą społeczność miasta, która aż do upadku komunistycznego systemu była dla Polski symbolem wolności. Echa wydarzeń sprzed ćwierć wieku tkwią w niej do dzisiaj tworząc to, co nazywamy tożsamością. Jestem przekonany, że cztery grudniowe dni 1981 roku zrobiły dla budowy tej tożsamości więcej niż całe dziesięciolecia.

Jan Mazur

Artykuł przeczytano 417 razy

Last modified: 11 grudnia, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?