środa, 21 października 2020r.

Cztery tysiące podniebnych skoków

Autor: |

Swoją podniebną przygodę zaczynał w wieku 17 lat. Początkowo jako pilot szybowcowy, później jako skoczek spadochronowy ze startami w kadrze narodowej na koncie. Gdy przyszedł czas na życie rodzinne i stabilizację, niecodzienny sport poszedł w odstawkę. Dziś Andrzej Dziobal kontynuuje spadochronową przygodę i jako pasjonat skacze w grupie pokazowej Sky Magic.

– Jakie uczucia towarzyszą Panu podczas skoku?

– Adrenalina, wolność. Czuję, że odrywam się od przyziemnego świata. Mam też przed sobą niezapomniane widoki… Każdy kolejny skok traktuję jak nowe wyzwanie.

– To dla Pana sport czy pasja?

– Wszystko zaczęło się od szybowców. Wiedziałem, że będę miał problemy, by uzyskać zgodę od rodziców na zapisanie się do sekcji. Wymyśliłem więc chytry plan. Przyniosłem im do podpisu dwa podania: jedno do sekcji żużlowej, a drugie do aeroklubowej. I tak rodzice zgodzili się na szkolenie szybowcowe. Kiedyś, żeby można było na nich latać, trzeba było oddać trzy skoki ze spadochronem. Właśnie wtedy połknąłem bakcyla. Miałem 17 lat. Początkowo skoki ze spadochronem były dla mnie sportem. Zostałem powołany do kadry narodowej, brałem udział w mistrzostwach Polski i wszystkich liczących się w tej dyscyplinie zawodach międzynarodowych. W około 60 z nich stawałem na podium. Jako sportowiec czułem się więc spełniony. Później założyłem rodzinę. Doszła praca, obowiązki i tak zarzuciłem sportowe skakanie. Zostało mi jednak piękne hobby, które do dziś pielęgnuję.

– Jak wspomina Pan swój pierwszy skok.

– Szczerze mówiąc, nie pamiętam go. Są inne skoki, które utkwiły mi w pamięci, ale ten niestety nie. Trudno mi więc powiedzieć, co wtedy czułem. Nieraz, kiedy patrzę na młodych ludzi, którzy skaczą po raz pierwszy, chciałbym przeżyć ten moment jeszcze raz.

– Ile skoków już Pan wykonał.

– Mam ich za sobą ponad cztery tysiące. Na pewno w mojej pamięci zapisały się skoki jubileuszowe. Miałem też parę niebezpiecznych sytuacji. Parę razy zdarzyło się, że nieprawidłowo otworzyła się czasza główna i musiałem skorzystać ze spadochronu zapasowego. Zachowałem jednak zimną krew i na szczęście udało mi się wyjść z tego cało. Każdy skoczek, który jeszcze się nie ratował, podświadomie czeka na ten pierwszy raz, kiedy to się zdarzy. Chce wiedzieć, czy w takiej sytuacji da sobie radę, czy postąpi prawidłowo i czy nie spanikuje. Ja mam to już dawno za sobą.

– Czy można przygotować się do takiej sytuacji?

– Generalnie trzeba po prostu postępować zgodnie z tym, czego człowiek nauczył się na ziemi. Przed każdym skokiem robię repetytorium. Przypominam sobie, w jaki sposób trzeba się zachować przy awarii spadochronu. Tak postępuję zarówno wtedy, kiedy skaczę sam, jak i w czasie akrobacji, które wykonuję z grupą pokazową Sky Magic. Podczas tego skoku łączymy się w powietrzu, przy otwartych spadochronach. To wyższa szkoła jazdy. Zdarza się, że połączenie naszych skoków nie pójdzie tak, jak trzeba i wtedy należy użyć spadochronu zapasowego. To jest już trudniejsze, bo nie skacze się samemu. Przy nieprawidłowej reakcji i niesprzyjających okolicznościach można narobić ogromnych szkód. Jako grupa musimy mieć do siebie zaufanie i oczywiście odpowiednie umiejętności. Wśród nas nie powinny znaleźć się osoby, które mogłyby nam sprawić takie niespodzianki. Człowiek jest przecież odpowiedzialny za siebie i za kolegów.

– Jak przygotowujecie się do wspólnego skoku?

– Tak naprawdę więcej rozmawiamy niż skaczemy. Każdy z nas ma swoją pozycję w zespole. W czasie treningu wykonujemy maksymalnie do czterech skoków dziennie, ponieważ jest to bardzo wyczerpujące. Człowiek myśli za siebie i za innych, więc po tylu próbach w głowach się gotuje. Nie skaczemy na ilość, tylko na jakość. Wykonujemy skok i go omawiamy. Każdy z nas ma kamery, żeby móc później skonfrontować się z nagraniami i wyciągnąć wnioski.

– W Świdniku nie ma sekcji spadochronowej. Gdzie więc ćwiczycie?

– Faktycznie, kiedyś taka sekcja istniała, jednak zrezygnowano z niej ze względu na obecność lotniska komercyjnego. To normalna kolej rzeczy, która dotyczy wszystkich miast, w których znajdują się porty lotnicze. Ćwiczymy więc wszędzie tam, gdzie cena jest przyzwoita i gdzie logistycznie jest nam to najłatwiej zorganizować. Większość moich kolegów ze Sky Magic to warszawiacy. Każdy z nas pracuje. Dlatego, żeby spotkać się na treningu, musimy trochę pokombinować. Dodam, że nie zarabiamy na skakaniu. To nasze hobby.

– Gdzie możemy oglądać grupę pokazową Sky Magic?

– Specjalizujemy się w canopy formation. To niszowa dyscyplina ze względu na to, że jest niebezpieczna. W Polsce w ten sposób skacze łącznie około 15 osób. Sześciu z nas skacze właśnie pod nazwą Sky Magic. Jesteśmy praktycznie na wszystkich pokazach, które odbywają się w Polsce, między innymi w Gdyni, Radomiu i oczywiście w Świdniku. Jesteśmy dość znanym teamem w lotniczym światku. W tym sezonie udało nam się skoczyć także w Arabii Saudyjskiej, więc powoli wychodzimy poza granice naszego kraju. To nas bawi, cieszy. Cały czas chcemy udoskonalać to, co robimy.

– W tym sezonie skacze Pan z wyjątkowym spadochronem. Na jego czaszy znajduje się herb Świdnika.

– Jestem bardzo związany z tym miastem. Latałem w firmie Heliseco, gasiłem pożary i zajmowałem się opryskami lasów. Poza tym, od 14 lat wspólnie z kolegami organizujemy zawody spadochronowe pod patronatem miasta Świdnik. Czuję się emocjonalnie związany z tym miejscem. Ta czasza jest formą podziękowania dla miasta, w którym spędziłem pół lotniczego życia.

– Czy takiemu skokowi towarzyszą jakieś wyjątkowe emocje?

– Cieszę się, że mogę reprezentować barwy Świdnika na różnych wydarzeniach lotniczych. Ten czas jest bardzo nietypowy, bo pandemia nas uziemiła. Pierwsze pokazy lotnicze, jakie odbyły się w tym roku w Polsce, miały miejsce w Lesznie. Byłem też w Piotrkowie Trybunalskim. Spadochron z herbem Świdnika udało się zakupić dzięki pomocy finansowej władz miasta, a także dyrektorom Miejskiego Ośrodka Kultury oraz Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej, którzy wspierali ten pomysł. Chciałbym im za to bardzo podziękować. Gdy tylko minie pandemia, będę skakał wszędzie, gdzie tylko będzie taka możliwość i w ten sposób rozsławię Świdnik.

– Myśli Pan o przejściu na spadochroniarską emeryturę?

– Na pewno kiedyś przyjdzie taka chwila. Teraz żartuję, że przeżywam jesień spadochroniarską. Chciałbym jeszcze trochę poskakać, ale wiadomo, kiedyś na wszystko przyjdzie czas.

 

Agata Flisiak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Artykuł przeczytano 497 razy

Last modified: 25 września, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?