poniedziałek, 20 września 2021r.

Człowiek z kryształowym sercem

Autor: |

Sam oddał blisko 80 litrów krwi, ideę honorowego krwiodawstwa zaszczepił w setkach, jeśli nie tysiącach ludzi. Organizuje akcje charytatywne dla dzieci, wspiera potrzebujących, wokół pomagania skupia młodszych i starszych. Przez lata był głosem załogi w Radzie Nadzorczej PZL-Świdnik, ratował sport, brał udział w wydarzeniach Świdnickiego Lipca. W minionym roku przeszedł na emeryturę. Zwolnił, ale pęd do działania nadal w nim pozostał. – Z pomagania nie da się po prostu wyjść, to już na zawsze pozostaje w człowieku – mówi Andrzej Słotwiński, kandydat do tytułu Świdniczanin Roku 2019.

– Większość świdniczan od razu kojarzy Pana z działalnością Klubu Honorowych Dawców Krwi PCK im. bł. ks. Jerzego Popiełuszki przy PZL-Świdnik. Nic dziwnego, bo był Pan jego wiceprezesem od 1994 roku, a od 2005 roku prezesem. Choć przygodę z krwiodawstwem rozpoczął Pan o wiele wcześniej…

– Był rok 1976. Miałem 21 lat i szedłem do wojska. Oddałem krew na komisji poborowej. Później uczestniczyłem w akcjach krwiodawstwa w szkole podoficerskiej w Ciechanowie i w Dęblinie. Czułem, że robię coś ważnego. Zanim jeszcze wróciłem do pracy w WSK, wiedziałem że chcę się bardziej zaangażować w taką działalność.

– Właśnie, skąd u Pana żyłka społecznika?

– Z potrzebą działania chyba trzeba się urodzić. Zawsze czułem, że to jest gdzieś we mnie. W podstawówce byłem w zuchach, potem w drużynie harcerskiej, odkąd pamiętam, chciałem coś robić, włączałem się w różne akcje. Po wyborach władz klubu krwiodawców, w 1980 roku, zacząłem działać na tym polu. W kolejnych latach uczyłem się, nabywałem doświadczenia pod okiem starszych kolegów. Zauważałem również takie elementy, które chciałem zmienić. Od początku zależało mi na otwarciu się Klubu Honorowych Dawców Krwi poza zakład. Chciałem więc wejść do zarządu i rozpocząć zmiany. Stopniowo zacząłem moje pomysły wcielać w życie. Wyszliśmy najpierw „do miasta”, później nawiązaliśmy współpracę z innymi klubami. Podczas spotkań z kolejnymi krwiodawcami podpatrywaliśmy ich działalność i promowaliśmy Świdnik.

– Szczytna idea krwiodawstwa zawędrowała też do miejskich i powiatowych szkół.

– Dla mnie zawsze najważniejsze było pozyskanie ludzi, ale rozmową, argumentami i swoim przykładem. Zaproponowałem więc prowadzenie akcji krwiodawstwa i prelekcji w szkołach. Uczniom mówię jak istotne jest oddawanie krwi i ilu osobom w ten sposób mogą pomóc. Opowiadam o chorych dzieciach, ofiarach wypadków i kataklizmów. Mam tę przewagę, że sam w krwiodawstwie „siedzę” i jestem dla młodzieży wiarygodny.

– Przyszedł też czas, że świdniccy krwiodawcy ruszyli za granicę. Jak to się stało, że „nasi” dotarli tak daleko?

– Zanim gdziekolwiek wyruszyli, wiele wydarzyło się jeszcze w Świdniku. Udało się mi nie tylko wyjść do mieszkańców, ale połączyć też krwiodawców, ich rodziny, samorząd i sponsorów wokół jednej idei propagowania donacji krwi i pomagania najbardziej potrzebującym. Nasze miasto stało się znane nie tylko ze Świdnickiego Lipca i Świdnickich Spacerów, ale również z krwiodawstwa. Nawiązaliśmy kontakty z blisko 80 klubami w Polsce, a za ich sprawą, a dokładniej kolegów z Poznania, poznaliśmy krwiodawców z Włoch i Słowacji. Zaprosiliśmy ich na jeden z naszych jubileuszy, przyjechali. Później my otrzymaliśmy zaproszenie do nich.

– Akcje, prelekcje, spotkania. Do tego praca zawodowa i ogromna odpowiedzialność. W końcu to Panu, aż sześć razy, załoga PZL-Świdnik powierzała trudne zadanie reprezentowania pracowników w Radzie Nadzorczej zakładu. A czasy były burzliwe, zmiana właściciela, protesty, niekorzystny dla firmy przetarg na Caracale. To nie za dużo, jak na jednego człowieka?

– Zawsze wygrywałem w pierwszym głosowaniu, co świadczy, że potrafiłem się dogadać z ludźmi. Czułem, że mi ufają, choć zawsze sprawy stawiałem jasno. Moim celem było harmonijne współistnienie firmy i pracowników. Przyznaję, że reprezentowanie załogi w Radzie Nadzorczej było bardzo trudne, zwłaszcza po 2010 roku, kiedy nastąpiła prywatyzacja. Weszli Włosi i zaczęły się mnożyć pytania: jak to będzie, jacy będą nowi pracodawcy, co będzie dalej? Już 2011 rok pokazał, że mogą być duże problemy. Mnożyły się nieporozumienia, a jesienią rozpoczął się strajk. Protesty zagrażały firmie, pojawiła się groźba restrykcji wobec przedsiębiorstwa, obniżenia zamówień, czy w ogóle wycofania się nowych właścicieli. Związki zawodowe poprosiły mnie o uczestnictwo w negocjacjach. Rozmowy były długie i burzliwe, ale udało się je zakończyć i zażegnać kryzys. Starałem się działać dla dobra pracowników, ale również PZL-Świdnik. Zaczynałem dzień od spotkań w wydziałach. Wiedziałem co się w firmie dzieje, z czym boryka się załoga. Na posiedzeniach Rady Nadzorczej zawsze zajmowałem bardzo dużo czasu, bo musiałem przedstawić wszelkie oczekiwania i problemy pracowników.

– Jakby tego wszystkiego było mało, niejako przy okazji, krwiodawstwa pojawiły się akcje charytatywne dla dzieci z domów dziecka.

–  Kiedyś pomyślałem sobie: jeśli robimy spotkanie, na które przychodzi dużo ludzi, to dlaczego nie zrobić przy okazji czegoś dobrego również dla dzieci? Zaczęliśmy więc zbierać słodycze , organizować loterie fantowe i wspierać domy dziecka w Rybczewicach, Woli Gałęzowskiej i w Lublinie.

Można też Pana nazwać specjalistą od spraw trudnych. W kryzysie nie pozostawił Pan nawet świdnickiego sportu.

– Grałem w piłkę ponad 16 lat. Widziałem dobrze funkcjonujący klub, setki trenujących młodych ludzi. W 2002 roku, kiedy zaczął się kryzys w świdnickim sporcie, sekcje zamieniły się w autonomiczne stowarzyszenia, przyjeżdżali do mnie trenerzy i zawodnicy, namawiali, żeby objąć funkcję prezesa Gminno – Powiatowego Towarzystwa Sportowego Avia, oczywiście społecznie. Podjąłem decyzję i cieszę się, że udało się naszą piłkę przeprowadzić przez ten trudny czas.

– Najbardziej wzruszający i satysfakcjonujący moment w Pana działalności to…

– Kiedyś przez trzy lata pomagaliśmy dziecku choremu na białaczkę i udało się. Po zakończeniu leczenia nasz podopieczny odwiedził nas, żeby podziękować. Takie momenty są wyjątkowo wzruszające i wręcz wyciskają łzy. Czuję się spełniony również wtedy, gdy widzę tych wszystkich ludzi, których udało się skupić wokół krwiodawstwa, zachęcić do pomocy, wspólnie zrobić i przeżyć coś ważnego.

– Po tylu latach działalności, w minionym roku postanowił Pan zwolnić, przejść na emeryturę i oddać stery klubu krwiodawców w inne ręce. Zakładam, że to nie była łatwa decyzja.

– Nie była, choć już przez ostatnie dwa lata myślałem, jak to wszystko poukładać, żeby nasza działalność nadal trwała. Znalazłem następcę, Tomasza Patyrę. Wiedziałem, że sobie poradzi, ale musi mieć wsparcie. Obiecałem mu, że nadal będę mu pomagał, ale nie będę narzucał swoich metod działania.

– Trzymam w ręku listę Pana odznaczeń. Widzę państwowe, resortowe, wojewódzkie, miejskie. Które z nich jest najważniejsze?

– Bez wątpienia Kryształowe Serce, które jest przyznawane właśnie za wkład w rozwój honorowego krwiodawstwa. Ono najlepiej charakteryzuje człowieka, który je otrzymuje. Czy ja mam kryształowe serce? Nie wiem, ale staram się, tak postępować, żeby po prostu być dobrym człowiekiem.

Agnieszka Kalinowska

 

 

Artykuł przeczytano 950 razy

Last modified: 23 października, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?