sobota, 06 czerwca 2026r.

Na poważnie tylko w Avii

Autor: |

Bogdan Bukowski spędził w Avii równo 20 lat. Pierwszy kontrakt podpisał w 1965 roku, karierę zakończył w 1985. W II lidze rozegrał 161 spotkań, w sumie zagrał dla żółto-niebieskich ponad 700 meczów. Były to najlepsze lata nie tylko dla niego. Złote czasy przeżywała również cała drużyna, chyba najmocniejsza w historii piłkarskiej sekcji Avii.

– Bogdan Bukowski, Lucjan Oskroba, Andrzej Dyński, Marian Kopczan, Henryk Szymkiewicz -pierwszy skład Avii grającej wówczas w II lidze w dużej mierze opierał się na wychowankach klubu. Od czasu do czasu przychodziły również tak zwane zaciągi.

– Co ciekawe, czterech z nas pochodziło z Franciszkowa. Mieliśmy wtedy sporo wzmocnień. Składały się głównie z krakusów i graczy Motoru. Z Kielc pochodzili bracia Adam i Ireneusz Adamusowie, z Wisły Kraków przyszedł Janusz Sputo, z Garbarni Franciszek Golik, z Motoru Jan Lisiewicz, Bolesław Mącik, Mieczysław Wężyk, Jerzy Jagiełło, z Lublinianki Sylwester Czernicki. Do Świdnika ściągała ich stabilna sytuacja klubu, który miał potężnego sponsora w postaci Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Na ogół udawało im się wynegocjować dobre warunki, jako, że piłkarzami byli niezłymi. Nie zawsze przekładało się to niestety korzystnie na atmosferę w drużynie. Można powiedzieć – jeden zespół, kilka barw klubowych. Prawdę mówiąc nie przepadaliśmy za sobą. Ten rozłam w drużynie był chyba jednym z powodów naszego późniejszego spadku do III ligi.

– Co było najmocniejszą cechą zespołu złotej ery Avii?

– Byliśmy drużyną z charakterem. Jak trzeba było przyłożyć się do gry, to się przykładaliśmy. Jeśli jakiegoś meczu nie wolno było przegrać, nie przegrywaliśmy. Na wyjazdach śmiało można było stawiać w totolotka na co najmniej remis. Mieliśmy mocnych, ogranych zawodników i dobrych trenerów. Wśród nich szczególnie wyróżniali się Bronisław Waligóra i Andrzej Gajewski. Potrafili wpoić nam taktykę i dyscyplinę gry. Zawodnicy, którzy mieli sobie partnerować w czasie treningów nosili na plecach te same numery. Jako wychowawca Waligóra był zdolny przelecieć wszystkie knajpy w Świdniku, żeby sprawdzić czy chłopaki nie popijają obiadu piwem. Kelnerkom groził, że jeśli zaserwują któremuś alkohol, to stracą pracę. A czasy były takie, że mógł to załatwić.

– Którego z trenerów wspomina Pan najcieplej?

– W Avii przeżyłem ich 14. Najwięcej zawodników na poziomie centralnym, czyli co najmniej trzeciej ligi wychował Czesław Krygier. Trener Andrzej Gajewski przyszedł z zadaniem uratowania nas od spadku do III ligi. Pracował tylko jeden sezon, ale zadanie wykonał. Decydował wyjazdowy mecz z Wisłoką Dębica. Było to spotkanie być albo nie być dla jednej z drużyn. Początkowo nie szło nam za dobrze. Wtedy trener powiedział: gadam z wami jeszcze pół godziny, a potem jedziemy ostro. No i wygraliśmy 1:0. Tomek Giełzak dostał piłkę z połowy boiska od Andrzeja Oryszki, wyszedł sam na sam z bramkarzem i nie dał mu szans na obronę. Z kolei Edward Wojewódzki, wykształcony trener po Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie, wpajał nam podstawy indywidualnego wyszkolenia technicznego i taktycznego. Każdy z nich był na swój sposób wartościowy.

– Pana zadaniem była gra na lewej obronie.

– Trener Wojewódzki wymyślił mi za przykład Paula Breitnera, obrońcę reprezentacji Niemiec. Trener potrafił czerpać z najlepszych wzorów, ale przez to musiałem harować na całej lewej stronie – od bramki do bramki.

– Czy przyszło Wam kiedyś do głowy powalczyć o I ligę?

– Mieliśmy silny zespół, ale nie na tyle, żeby w razie ewentualnego awansu postarać się o utrzymanie. Było to raczej nieosiągalne także z wielu innych względów. Choćby finansowych i organizacyjnych. Na przykład to, że nasz stadion nie spełniał pierwszoligowych standardów. Nikt nie powiedział nam otwarcie: zapomnijcie, ale też nie odczuwało się parcia na awans. Z drugiej strony potrafiliśmy postawić się pierwszoligowcom, tak jak w 1986 roku, kiedy Avia uległa w Pucharze Polski Pogoni Szczecin dopiero na etapie ćwierćfinałów. Nie grałem już w tych meczach. Rok wcześniej opuściłem Avię.

– Jeśli nie zespołowo, to może dawało się wybić indywidualnie?

– Witold Łukasik i  Dariusz Bartoszewski przeszli do Mielca, Władysław Kuraś grał w I lidze w Motorze. W sumie było kilku piłkarzy, którzy występowali w ekstraklasie.

– Przez tyle lat gry w Avii był Pan nie tylko zawodnikiem, ale siłą rzeczy, z biegiem czasu, również wychowawcą młodych.

– Przewinęło się ich wielu: Stanisław Markowski,  bracia Jacek i Grzegorz Płoszajowie, Krzysztof Socha, Jarosław Niewęgłowski. Świdnik był miastem utalentowanych chłopaków. Czesław Krygier jeździł na rowerze i ściągał ich ze szkolnych boisk, albo spod bloku na treningi. Uczył wszystkiego. W czasach juniorskich byliśmy biedni z domu. Załatwiał nam talony na czekoladę,  obiady. Sport nie polegał wówczas tylko na nauce gry w piłkę. Trener ustawiał nam dietę, nienawidził i gonił palaczy, uczył masażu, był przewodnikiem i opiekunem, również poza boiskiem.

– Po zakończeniu przygody z „poważnym”, ligowym futbolem występował Pan jeszcze w Świdniczance, Trawenie, ratował skórę Perle Mełgiew, Wierzchowiskom, Wilczopolu. Takich jak Pan, „kół ratunkowych” z żółto-niebieską przeszłością przewijało się po różnych ligach więcej.  Miał Pan także epizod kanadyjski. Tym razem to nie obcy „zaciąg” przybył do Świdnika, ale świdnicki „najechał” Toronto.

– Pierwszy pojechał Witek Łukasik, który zakończył piłkarską karierę w Mielcu. Zupełnie przypadkiem, na Queen Street spotkał Lucjana Oskrobę odwiedzającego  w Kanadzie szwagra. Słowo do słowa, postanowili, że trzeba ściągnąć chłopaków ze Świdnika, żeby ratowali biedaków z Falcons Toronto. Zespół występował w tak zwanej lidze portugalskiej, która wzięła swój przydomek od dużej liczby drużyn złożonych z Portugalczyków. W pewnym momencie stanowiliśmy połowę składu zespołu. Grali w nim Witold Łukasik, Wiesław Kołodziej, Marian Kopczan, Marek Maciejewski, Andrzej Wilk, Ryszard Czyż, Zbigniew Makuch, Marek Leszczyński, Zbigniew Kondziak. Miałem prawie 40 lat, byłem już trochę za stary na grę na boisku, więc objąłem posadę masażysty. W Kanadzie spędziłem 19 miesięcy, a naszym największym sukcesem było zdobycie pucharu ligi (na zdjęciu).

– Na dobre z biegania po boisku zrezygnował Pan w wieku 46 lat, podobno ulegając argumentacji żony: Zgłupiałeś na stare lata. Siedź w domu. Działkę mamy, będziemy jeździć na działkę. Działka działką, ale pozostał Pan kibicem Avii i jest częstym gościem na trybunach podczas ligowych spotkań. Czy widziałby Pan któregoś z obecnych piłkarzy Avii w dawnej, drugoligowej drużynie, która grała przecież o dwa poziomy wyżej?

– Na pewno znalazłoby się w niej miejsce dla szybkiego Wojciecha Białka, Pawła Ulicznego i bardzo pracowitego Dominika Malugi. To pierwsze nazwiska, które wpadają mi do głowy.

– Jakie jest Pańskie marzenie jako kibica?

– Chciałbym oglądać w pierwszej drużynie czterech wychowanków klubu.

jmr

Artykuł przeczytano 2547 razy

Last modified: 22 marca, 2023

Zmień język »
Przejdź do treści