czwartek, 18 czerwca 2026r.

Takiego latania jeszcze nie było

Autor: |

Lotnictwo zawiera się między dynamiką i finezją. Ale kiedy zapytasz, co w pokazach lotniczych jest najfajniejszego, odpowiedź brzmi: – Jak cały człowiek trzęsie się w człowieku, kiedy odrzutowiec odwróci się do nas silnikiem i włączy dopalacz. Tak właśnie działo się 13 czerwca na V Świdnik Air Festival, który był najbardziej efektownym wydarzeniem lotniczym ze wszystkich, jakich do tej pory mogliśmy być świadkami na świdnickim niebie.

Zaczynamy w Świdniku

Przylecieli, sprawdzili z powietrza stan „boiska”, nad którym będą latać, przywitali się serdecznie, bo to jedna skrzydlata rodzina, zatankowali samoloty, z niepokojem spojrzeli  w niebo, które co chwila groziło deszczem i czekali na V Świdnik Air Festival, czyli wielkie lotnicze show, którego mieli być głównymi aktorami.

– Tegoroczny sezon pokazów lotniczych rozpoczynamy w Świdniku. Witam wszystkich, którzy są tu po raz pierwszy, jak i tych, którzy zawitali kolejny raz. Szczególnie witam pilotów ze Szwecji, dla których jutrzejsze wydarzenie będzie debiutem w Polsce. Witam przedstawicieli Urzędu Lotnictwa Cywilnego i Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Pierwsi będą czuwali nad prawidłowym przeprowadzeniem pokazów, drudzy na bieżąco dostarczą informacji pogodowych – w ten sposób briefing pilotów uczestniczących w V Świdnik Air Festival rozpoczął Maciej Madej, dyrektor pokazów lotniczych.

„Piorun” zagrzmiał koncertowo

Można spokojnie powiedzieć, że 83 pilotów i mechaników z całej Eurpy dało radę zaimponować w sobotę niemal 20-tysięcznej publiczności. Mieli oczywiście przewagę, bo patrzyli na nas z góry i wyczyniali ewolucje, o których zwykły człowiek nawet nie pomarzy. Stali bywalcy lotniczych imprez uważają, że tegoroczna edycja Świdnik Air Festival była najbardziej efektowana ze wszystkich dotychczasowych. Dla wielu hitem był występ szwedzkiego Saaba 37 Viggen, czyli „Pioruna”, który postarał się o naprawdę huczną obecność na świdnickim niebie. O takie Potopy to my poprosimy. Ale trzeba przyznać, że reprezentacja „szybkich” była wyjątkowo liczna. Pojawiły się Iskry z zespołu Polish SparX, Lim-5 fundacji Fubar Aviation, Saab S.K. 60 szwedzkiej grupy historycznej i czeski L39 Albatros Artura Kielaka. Wyprodukowana przez nich dawka hałasu zaspokoiła wszystkich, którzy od początków istnienia Świdnik Air Show za taką właśnie tęsknili.

Na krawędzi

Łukasz Czepiela i Artur Kielak są gwarancją samolotowej akrobacji na najwyższym światowym poziomie. To oni właśnie łączą lotniczą dynamikę z finezją w sposób, który nie tylko otwiera usta z podziwu, ale też mrozi krew w żyłach. W tym roku dołączył do nich Świdniczanin, Norbert Kasperek, który udowodnił, że rządzą nim mistrzowskie geny ojca, Janusza, wielokrotnego mistrza Polski, Europy i świata w akrobacji samolotowej.

– V Świdnik Air Festival pokazał, że od początku istnienia naszego miasta niezmiennie kochamy lotnictwo. Na lotnisko przybyło pięć tysięcy osób więcej niż zakładaliśmy. Ludzie zjechali się z całego regionu, a nawet spoza niego i po pokazach nikt nie narzekał, że miał daleko. Obejrzeliśmy widowisko, jakiego w Świdniku jeszcze nie było. Do poziomu wydarzenia dostosowała się pogoda, która mimo pesymistycznych prognoz nie zawiodła. Jestem wdzięczna wszystkim osobom i instytucjom, które przyczyniły się do tego, że byliśmy świadkami prawdziwego lotniczego święta. Pracy było mnóstwo, ale efekty przepełniają nas satysfakcją i dumą – mówi Monika Wójcik, dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury.

Atrakcją w gratisie były starty samolotów rejsowych, które zapewne duża część widowni obserwowała z bliska po raz pierwszy.

– Różnica w jednym i drugim lataniu jest zasadnicza. Dreamlinerem, czy Boeingiem 737 lata się jak autobusem. Większość czynności w trakcie rejsu wykonuje za nas autopilot. Jestem odpowiedzialny za pasażerów, maszynę, nie ma za dużo pilotażu, ani miejsca na fantazję. Natomiast w kręceniu akrobacji jest czysty pilotaż. Pilotowanie samoloty akrobacyjnego jest jak jazda bolidem Formuły 1. Czy to indywidualnie, czy w zespole, w pełni wykorzystujemy przestrzeń w 3D. Nie ma porównania, oprócz tego, że latamy w tym samym powietrzu – opowiadał Artur Kielak, który lata liniowymi samolotami pasażerskimi, a „po godzinach” wykonuje karkołomne ewolucje akrobacyjne.

Dobrą wiadomością jest, że w Polsce powstaje coraz więcej fundacji zajmujących się renowacją zabytkowych statków powietrznych i prezentacją ich szerokiej publiczności. W tegorocznym Świdnik Air Festival po raz pierwszy wziął udział jedyny w Polsce, legendarny UH-1 Iroquois nazywany powszechnie Huey, gwiazda amerykańskich filmów o wojnie w Wietnamie, pilotowany przez Dawida Walasa. Za to stałym bywalcem Świdnik Air Festival jest BO-105, za którego sterami zasiada Maciej Dominiak. Pirotechniczne show, szczególnie efektowne w wieczornej części pokazów przygotowuje jego brat, Mateusz.

Wszystkie lotnicze i naziemne atrakcje V Świdnik Air Festival długo by wymieniać, ale chyba nie ma takiej potrzeby. Kto chciał, zobaczył je na własne oczy.

– Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Świdniczanie mają lotnictwo we krwi. Jestem wdzięczny organizatorom V Świdnik Air Festival, szczególnie zespołowi Miejskiego Ośrodka Kultury. Przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy, jak wiele wysiłku, organizacyjnego talentu i wiedzy wymaga koordynacja pracy tak wielu instytucji i osób reprezentujących bardzo różne branże, włączonych w organizację wydarzenia. Dla nas wszystkich pokazy były przede wszystkim okazją do dobrej zabawy, ale jako burmistrzowi Świdnika trudno mi przecenić wartości promocyjne wydarzenia, dzięki któremu byliśmy na ustach całego kraju– podsumowuje burmistrz Marcin Dmowski.

fot. Mateusz Jakubowski, Głos Świdnika

« z 3 »

 

 

 

Artykuł przeczytano 34 razy

Last modified: 18 czerwca, 2026

Zmień język »
Przejdź do treści