niedziela, 26 kwietnia 2026r.

Ta wyprawa pokazała mi moje granice

Autor: |

W 2016 roku wspięła się na Kilimandżaro, najwyższą górę Afryki, a w kolejnym na Kazbek i Elbrus. Teraz Aneta Jagieła, nauczycielka języka polskiego oraz wicedyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. W. Broniewskiego, a prywatnie miłośniczka górskich wędrówek, do listy osiągnięć dopisała siedmiotysięcznik Aconcagua. 18 stycznia, po 10 godzinach walki z najwyższym szczytem obu Ameryk, zdobyła go. Nam opowiedziała o tym, jak to jest przekraczać własne granice.

– Kiedy rozmawiałyśmy ostatnim razem wspominała Pani, że marzy, by wejść na Mont Blanc. Stało się jednak inaczej.

– Ten szczyt od kilku lat wysuwał się na pierwszy plan. Razem z siostrą Agatą miałyśmy na niego wejść w ubiegłym roku, jednak wyprawa została odwołana ze względu na śmiertelny wypadek z udziałem Polki i obostrzenia związane z jego zdobywaniem. Aconcagua natomiast zawsze była głęboko w naszych marzeniach, odległa i nieosiągalna. Jak zwykle motorem napędowym, by wdrożyć pomysł zdobycia szczytu wchodzącego w skład Korony Ziemi, była moja siostra. Niestety, podczas tego wyjazdu miała ogromnego pecha. Jeśli ktoś zapytałby mnie o największe przeżycie związane z wyprawą, nie byłoby to zdobycie szczytu, tylko borykanie się z poważną infekcją mojej siostry. Bardzo martwiłam się o jej zdrowie. Ze względu na wysokość, na jakiej się znajdowałyśmy, choroba nie mogła być podleczona ani wyleczona, więc było to bardzo przykre przeżycie.

– Co się wydarzyło?

– W zasadzie wszystko zaczęło się drugiego albo trzeciego dnia wyprawy i trwało do jej końca. Agatka miała zaatakowane zatoki, krtań, tchawicę, płuca, po prostu wszystko. Najgorszy moment przyszedł, gdy musiałyśmy przedostać się z pierwszego obozu do Base Campu. To najdłuższy fragment trasy. Nie jest trudny, jeśli chodzi o wysokość, bo na całości odcinka jest do pokonania jakieś 1000 m, ale ma około 20 km. Szłyśmy we dwie, ponieważ nie byłyśmy w stanie dotrzymać kroku zespołowi. Siostra miała bardzo płytki oddech, gorączkę, majaczyła. Musiałyśmy dotrzeć do Base Campu, ponieważ muły przetransportowały tam cały bagaż, leki i resztę ubrań. W normalnych warunkach Dolinę Horcones pokonuje się w 8 godzin. My szłyśmy ponad 10. Pierwszy etap zajął nam 6 godzin, zamiast 4, a na kolejnym zaczynały się już wzniesienia. Aby panować nad czasem, postanowiłyśmy zmienić nieco filozofię. Ustaliłyśmy, że będę szła pół godziny i czekała aż siostra do mnie dojdzie. Dzięki temu miałyśmy wiedzieć, że od miejsca, w którym stoję, zostało nam, na przykład jeszcze 3,5 godziny do Base Campu. Ale im dalej szłyśmy, tym ona gorzej się czuła. Dochodziło do tego, że po półgodzinnym marszu czekałam na nią coraz dłużej. Zbliżał się wieczór i musiałam podjąć trudną decyzję. Nie powiedziałam jej o tym, żeby nie wprowadzać w panikę. Dwie godziny przed celem uznałam, że sama ruszę do obozu i wezwę pomoc. Tak też zrobiłam. Z Base Campu wyruszył lider naszego zespołu, z dodatkową kurtką, gorącą herbatą oraz przeciwzapalnymi lekami sterydowymi i sprowadził Agatę do obozu. Kiedy ją zobaczyłam, miała sine, prawie czarne usta. To była trudna noc. Moja siostra miała kłopoty z oddychaniem, a sterydy nie od razu zadziałały. Dopiero gdzieś w środku nocy wszystko puściło i Agata zaczęła normalnie oddychać. Wiadomo było jednak, że przy tak poważnej infekcji nie przejdzie aklimatyzacji i nie wejdzie na szczyt.  To było dla nas obu bardzo traumatyczne przeżycie.

– Zamiast więc cieszyć się widokami, Pani myśli skierowane były w inną stronę.

– Tym bardziej, że ona przeżywała fakt, że nie uda jej się wejść na Aconcaguę. Potrafię ją zrozumieć i to, co wtedy czuła. Ja z kolei, przyzwyczajona do naszych wspólnych od trzydziestu lat wypraw i przywiązana do niej, też nie miałam lekko. Jej brak osoby wpływał dosyć mocno na moje morale i psychikę. Niby byłyśmy razem, ale jednak powyżej tych 4 tysięcy metrów już rozdzielone. Swoje zrobiło też zmęczenie. Ta ekspedycja pokazała mi granice mojej wytrzymałości. Wiedziałam, że będzie ciężko i trudno, bo nigdy nie miałam do czynienia z 7000 m. Niecałe 6000 m miało Kilimandżaro, a tutaj, na tej wysokości zaczynał się dopiero atak szczytowy. Zdawałam sobie z tego sprawę, niemniej jednak dopiero, gdy się z tym zderzyłam, odczułam poziom, któremu trzeba sprostać, by zdobyć tę górę.

– Czuła się Pani przygotowana?

– Tak. Nieco wcześniej wyjechałyśmy na krótki, ale bardzo intensywny trekking po Tatrach Wysokich. Niemniej jednak, jak ktoś kiedyś powiedział, góry kocha się bez wzajemności i przygotowanie, nawet najlepsze, czasem okazuje się niewystarczające. Niemal każdy z naszej grupy doświadczył w jakiś sposób słabości. To naprawdę duża próba sił.

– Takie doświadczenie odziera człowieka ze wszystkiego, co na co dzień go chroni.

– Organizm zupełnie inaczej pracuje, zarówno jeśli chodzi o sen, jak i trawienie. W zasadzie od momentu ataku szczytowego, czyli tej ostatecznej akcji górskiej,  mimo że miałam przy sobie liofilizaty, których nie cierpię, „jechałam” na dwóch batonach energetycznych i piciu. Przez trzy dni w ogóle nie czułam głodu. Na dużą próbę wystawiona jest też psychika. Niejeden raz wewnętrzny głos podpowiada, żeby zawrócić.

– Co jeszcze Panią zaskoczyło?

– Z czym najmocniej się zderzyłam, jest granica wysiłkowa, którą momentami trzeba było przekraczać. Przekraczać samego siebie… To chyba było dla mnie najbardziej zaskakujące. Teraz, gdy myślę o tym z perspektywy tych tygodni, widzę, że Kilimandżaro, Kazbek i Elbrus przy tej górze są naprawdę łagodne. Wysokość zdecydowała o tym, że było ciężko. Bardzo zaskoczyły mnie restrykcyjne zasady Parku Narodowego Aconcagua, jeśli chodzi o zachowanie w nim czystości. Wchodząc na jego teren otrzymuje się specjalną torbę z numerem permitu, z której później trzeba się rozliczyć. Nie wmówi się nikomu naiwnie, że nie miało się żadnych śmieci. Druga ciekawostka jest nieco mniej przyjemna. W Base Campie, przed akcją górską dostaję się drugą torbę, na odchody, więc trzeba rozliczyć się również z „tych” spraw. Niektórych może razić sytuacja, gdy przy plecakach dyndają takie pakunki, ale dzięki temu Andy są czyste. Moglibyśmy się od nich tego uczyć.

– Skoro Andy okazały się tak wymagające, Mont Blanc będzie możliwy?

– Ten szczyt jest akurat trudniejszy technicznie, natomiast w porównaniu z tym, co przeżyłam, nie czuję już takiego lęku. Na pewno mam ogromny szacunek i pokorę wobec trudności na Mont Blanc. W Andach ich nie było. Potrzebne były silna psychika, nogi i ramiona do dźwigania plecaka.

– Proszę opowiedzieć o Aconcagui od strony technicznej. Jak wygląda wyprawa? Idzie się od obozu do obozu?

– Wszystko zaczęło się od formalności związanych z zezwoleniem, które wydawane jest w miasteczku Mendoza. Po ich załatwieniu nocowaliśmy w schronisku, w wiosce Penitentes, na granicy Parku Narodowego Aconcagua. Stamtąd muły zabrały najcięższy bagaż, natomiast my ruszyliśmy „na lekko” z podstawowymi rzeczami, takimi jak śpiwór i ubrania. Pierwszym obozem z dużymi namiotami była Confluencia. Znajduje się on na wysokości 3400 m, a startuje się do niego mniej więcej na 2500 m. Na 3400 m miałam pierwsze i jedyne problemy z aklimatyzacją i oddychaniem. Na drugi dzień zastałyśmy jeszcze w Confluenci. Lider wyprawy wyznaczył pierwszy trekking aklimatyzacyjny do Plaza Francia, czyli na około 4000 m. Później był powrót do Confluenci na sen i dotlenienie organizmu. Następnego dnia wyruszyliśmy w 20-kilometrową drogę, do Base Campu, czyli Plaza De Mulas, znajdującego się na wysokości 4300 m. Tak naprawdę, tam zaczyna się właściwa akcja górska. Razem z częścią depozytu idzie się na wysokość 5050 m, czyli do miejsca nazywanego Plaza Canadá. Tam zostawia się namioty i liofilizaty, czyli część tego, co będzie potrzebne w dalszych etapach podróży i wraca do Base Campu, żeby znów dotlenić organizm. Kolejnego dnia znów wyrusza się do Plaza Canadá, zabiera złożone tam rzeczy oraz bierze dodatkowe, potrzebne do wejścia na 5610 m, czyli do Nido De Cóndores. Tam rozstawia się namioty i nocuje, aby przyzwyczaić organizm, a następnie znów wraca do Plaza De Mulas. To mozolne, ciężkie podejścia, do których trzeba mieć dużo pokory, bo wchodzi się i schodzi tą samą drogą. Każdy ruch to ogromny wysiłek, do tego dochodzi ból w gardle spowodowany suchym, zimnym powietrzem. Po dwóch dniach odpoczynku i dotlenienia następuje właściwa akcja górska. Znów wchodzi się do Nido De Cóndores, zabiera wszystkie rzeczy i idzie do tak zwanego Berlina, skąd zaczyna się atak szczytowy. Berlin znajduje się na wysokości 5940 m. Tam jest czas na sen, jeśli w ogóle można o nim mówić, bo są z nim duże kłopoty. Atak szczytowy zajmuje od 8 do 10 godzin. Ostatni etap drogi jest bardzo żmudny i trudny. Idzie się kamienistą rynną, w której kamienie osypują się spod nóg, nogi robią się ciężkie, jak z żelaza, odmawiają posłuszeństwa. Wreszcie staje się na szczycie.

– I co się widzi?

– Niestety, mieliśmy pecha, bo ze względu na duże zachmurzenie nie widzieliśmy prawie nic. Piękne widoki były natomiast na niższych partiach trasy. Góry ciągnące się po horyzont, zapierające dosłownie i w przenośni dech w piersiach. Szczęście dopisywało nam za to, jeśli chodzi o pogodę. Mieliśmy wyjątkowo ciepłą noc i dzień, niewielki wiatr, który nie obniżał odczuwalnej temperatury. Poruszaliśmy się przy maksymalnie -4 stopniach, a mogło być o wiele gorzej, bo -20.

– Czego nauczyła się Pani podczas tej podróży?

– Chyba tego, czego zawsze uczą mnie góry. Przede wszystkim pokory wobec wszystkiego, co może przerosnąć człowieka. Wewnętrznej siły do pokonywania codziennych trudności, bo gdy przypomnę sobie chwile zwątpienia, które miałam w Andach, dużo łatwiej mi podejmować decyzje. Ta przygoda, biorąc pod uwagę chorobę Agaty, pokazała mi też, że nieważne jest zdobycie szczytu, tylko dążenie do niego. Kiedy po tym wszystkim rozmawiałyśmy z siostrą, mówiłyśmy, że zdobycie góry było naszym celem, ale zobaczenie Andów również. Myślę, że podczas tej wyprawy moja siostra pokonała o wiele więcej niż ja wchodząc na te 7000 m. Cały czas słyszę jej oddech. Na szczęście dziś jest już zdrowa. Trzytygodniowy pobyt w bardzo surowych, spartańskich warunkach pozwolił mi także docenić Polskę, codzienne w niej życie, a zwłaszcza najpyszniejsze na całym świecie polskie jedzenie. Cieszą mnie uśmiechy ludzi, proste gesty życzliwości, codzienna praca i jej rytm. Wysokie góry uczą wyciszają, uczą dystansu. Na tym polega ich wielka mądrość.

– Co dalej? Jakie ma Pani plany?

– Na razie myślę jeszcze o tym, co się wydarzyło. Na pewno zechcę znów wyruszyć gdzieś z siostrą. Nie jestem pewna, ale sądzę, że Agata może chcieć wrócić w Andy i zdobyć szczyt. Trudno mi jednak powiedzieć, czy na pewno. Siostra ma dużo różnych pomysłów, między innymi także na Himalaje. Ja natomiast mam ogromny apetyt na polskie góry, zwłaszcza Beskidy Żywiecki i Śląski. Niesamowicie ogromną przyjemność sprawia mi chodzenie po ich szlakach, z przepięknymi bacówkami i schroniskami. Zwłaszcza zimą.

Agata Flisiak

fot. z archiwum A. Jagieły

Artykuł przeczytano 2629 razy

Last modified: 14 lutego, 2020

Zmień język »
Przejdź do treści