środa, 21 października 2020r.

Retro rolnik ze Świdnika

Autor: |

Tak o sobie mówi Adam Sokołowski, znany już Czytelnikom z lotniczych i motoryzacyjnych zainteresowań. Tym razem, zamiast do hangaru lub na zlot zabytkowych samochodów, zaprosił nas na…żniwa.  Opowiedział również, co skłoniło go, mieszkańca miasta, do sięgnięcia po kosę i cep.

– Rolnictwo jest moim trzecim hobby. Od dawna planowałem prawdziwe żniwa, ale nie miałem gdzie tego pomysłu zrealizować. W tym roku, sąsiad zgodził się na wykorzystanie jego działki. Zasiałem żyto. Z dwóch powodów. Po pierwsze, zależało mi, by zasiać zboże, zebrać je, wymłócić, zemleć i z tej mąki upiec chleb. Po drugie, chciałem się na własnej skórze przekonać, jak wyglądała praca ludzi, kiedy wszystko trzeba było robić ręcznie. Pochodzę ze wsi, więc część zajęć nie była mi obca – wyjaśniał Adam Sokołowski, kiedy odwiedziłam go pod koniec sierpnia.

Sierpniowe koszenie

Przyznaje, że już na samym początku pojawiły się problemy. Wiosną na 8 arach zasiał, oczywiście ręcznie, żyto jare. Nie bejcował ziarna specjalnym specyfikiem, który ochroniłby je przed chorobami czy szkodnikami, bo chciał by było jak najbardziej naturalnie. Zaczęły się więc zlatywać różne ptaki, urządzając sobie zbożową stołówkę. Ich odganianie, nawet strzelanie z korkowca nie przynosiło rezultatu. Na chwilę pomogło postawienie strachów na wróble. Jednak po kilku dniach chmara skrzydlatych głodomorów znowu urzędowała na polu.

– Żona bała się, że nic z tego ziarna nie zostanie. Kiedy w końcu ptakom znudziła się jednostajna dieta, żyto powolutku zaczęło kiełkować. Mimo że nie stosowałem oprysków, wyrosło ładnie – opowiada retro rolnik.

W połowie sierpnia rozpoczął koszenie. Kosą rzecz jasna. Zajęło mu to trzy popołudnia i mocno dało w kość. Ścięte żyto wiązał w snopki, za pomocą własnoręcznie zrobionych powróseł. Snopki układał w dziesiątki.

– Podziwiam ludzi, którzy mieli hektar, dwa czy trzy i wszystko musieli wykosić ręcznie. Teraz rolnictwo jest całkowicie zmechanizowane i można zrobić wszystko nie wychodząc z kabiny pojazdu – mówi świdniczanin. Dodaje jeszcze trochę ciekawostek: – Pamiętam z dzieciństwa, że tuż przed żniwami, po całej wsi rozchodził się charakterystyczny dźwięk – uderzanie metalu o metal. To było klepanie kosy. Jak zaczął jeden gospodarz, zaraz dołączali następni. Dzięki klepaniu, ostrze było wyrobione, bardziej płynne. Potem jeszcze tylko parę ruchów osełką i kosa była jak brzytwa. Trzeba ją było włożyć do kosiska, czyli tej drewnianej części, a potem jeszcze założyć specjalny kabłąk. Pozwalał równo odkładać ścięte zboże, tak że się nie rozsypywało. Za kosiarzem szły kobiety i wiązały snopki  powrósłami. Jeszcze w latach 70. czy 80. XX w. używano kosy do zrobienia drogi dla ciągnika. Ludzie na wsi są zazwyczaj bardzo bogobojni i mają swoje przesądy. Ciągnik nie mógł jechać po zbożu, trzeba było wykosić mu wolne miejsce, żeby się Pan Bóg nie obraził. I jeszcze jedna historyjka, taka prywatna. Babcia opowiadała, że kiedy mój tata zaczął wyrażać chęć ożenku z moją mamą, postanowił wykazać, że będzie dobrym i pracowitym mężem. Jednego dnia wykosił prawie hektar zboża. No i chyba zadziałało, ślub się odbył.

Pora na młóckę

Zwiezione z działki żyto czeka na młóckę. Część zostanie wymłócona tradycyjnie, czyli cepem. Adam Sokołowski podkreśla, że to zajęcie ciężkie, męczące i łatwo można dostać w głowę. Resztą żyta zajmie się maszyna, pochodząca z XIX w., z wytwórni  Wacława Moritza.

– W Lublinie były dwie firmy produkujące maszyny rolnicze – wyjaśnia A. Sokołowski. – Bardziej znana to fabryka Mieczysława Wolskiego, w której budynkach mieści się teraz galeria Wolska. Drugą, od 1895 roku prowadził Wacław Moritz. Usytuowana była przy ul. Fabrycznej 2. Na przełomie wieków, po prawie stuletniej działalności, zabudowania zostały rozebrane, a potem na ich miejscu stanęła galeria Gala.

Po wymłóceniu i oczyszczeniu, ziarno trafi do młyna pod Poniatową, gdzie zostanie zmielone na mąkę.

– Nie będę mielił w żarnach, bo zbyt długo by to trwało. Młyn pod Poniatową przyjmuje nawet niewielkie ilości ziarna. Moja żona, Maria, ma już praktykę w pieczeniu chleba, więc przekonamy się, jak będzie smakował taki ze swojego zboża. Muszę przyznać, że łatwo nie było, ale czuję ogromną satysfakcję, że mogłem spróbować. Mam też ogromny szacunek dla tych, którzy uprawiali pole jedynie siłą własnych rąk. W przyszłym roku, jeśli sąsiad pozwoli, posieję pszenicę i skoszę ją kosiarką – planuje retro rolnik.

Zabytkowy sprzęt

–  Kosa była trzecim z kolei urządzeniem w mechanizacji rolnictwa – przybliża trochę jego historii Adam Sokołowski. – Najpierw zrzynano zboże nożem. Potem ktoś genialny wpadł na pomysł i wynalazł sierp. Następna była kosa, po niej zaś kosiarka, która wymagała dwóch operatorów i pary koni. Jedna osoba powoziła, druga nagarniała na specjalną drabinkę ścięte zboże. Kolejnym etapem mechanizacji była żniwiarka. Urządzenie potrzebowało pary silnych koni i jednego człowieka. Po niej przyszła snopowiązałka, którą obsługiwało dwóch ludzi. Jeden siedział w ciągniku, drugi z tyłu, a urządzenie samo cięło i wiązało. Problemem był jednak trudno dostępny sznurek. Bardzo fajnie pokazano to w filmie „Nie lubię poniedziałków” – za eksportowane do Włoch kombajny, dostawaliśmy sznurek do snopowiązałki. Właśnie …kombajny. Jednym z pierwszych i najpopularniejszych była u nas „Vistula”. Po niej nastąpił „Bizon”. Pierwszy kombajn zbożowy wymyślili w Stanach Zjednoczonych, w 1835 roku. Musiało go ciągnąć 20 koni.

Retro rolnik podkreśla, że gromadzi sprzęt tylko z terenu powiatu świdnickiego, ewentualnie z okolic Lublina. W swoich zbiorach ma żniwiarkę ze Świdnika. Od sąsiada udało mu się kupić rzadko spotykany polski ciągnik Dzik 2, z 1965 roku. Jest nietypowy, bo dwukołowy. W tym roku nabył też konną kosiarkę, na żeliwnych kołach.

– Takie rzeczy sporo kosztują, więc staram się szukać jak najlepszej okazji. Zazwyczaj trafiam na nie przypadkiem. Większość sprzętu zachowuję w oryginalnym stanie. Chciałbym kiedyś ten swój skansen pokazać szerszej publiczności. Może jak wszystko uporządkuję, zaproszę cię do zrobienia fotek i napisania paru słów? A może stworzę stronę internetową? W przyszłym roku natomiast, spróbuję przygotowywać, może na Air Festiwal, wystawę sprzętu z zademonstrowaniem jak on pracuje. Najciekawszym punktem byłby pokaz młócenia zboża – mówi A. Sokołowski.

Niebawem wykopki

Pan Adam ma również dwa małe poletka z ziemniakami, w tym jedno eksperymentalne. Posadził tam ziemniaki zupełnie inną metodą niż tradycyjna. Znalazł ją przypadkiem na jakiejś rosyjskiej stronie. Podobno gwarantuje od 460 do 630 kg z jednego ara.

– Nie wiem, jakie będą nasze zbiory, ale parę krzaczków wykopałem i ziemniaków było mnóstwo. Na czym polega ta metoda?  Ziemniaki kiełkowane są w odpowiedniej temperaturze, w ciemnym miejscu, posypywane popiołem drzewnym, który zabija bakterie i grzyby. U nas tradycyjne sadzeniaki mają być okrągłe. Rosjanie twierdzą, że lepsze są podłużne, przekrojone na pół.  Pole również musi być odpowiednio przygotowane, ziemia zmieszana z naturalnym nawozem, zruszona i nawilżona. Odległość między rzędami powinna wynosić 60 cm. Ziemniaki sadzi się w poprzek rzędu, na odległość kciuka i małego palca. Jak urosną na 15 cm, trzeba usunąć chwasty i całość wyłożyć sianem. Jego zapach odstrasza stonkę. Po deszczu staje się też naturalnym nawozem, trzyma wilgoć pod sobą, nie wypuszcza chwastów. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

– Na pewno nie jest to metoda na uprawę przemysłową, bo wymaga dużo czasu i pracy. Ale działkowcy czy hobbiści mogą spróbować  – śmieje się Maria Sokołowska.

Swoje najlepsze

Chociaż mieszkają w mieście, hodują indyki, gęsi, kury i kaczki. Gromady zwierząt dopełnia pies ze schroniska w Krzesimowie i dwa koty. W drewnianej altance stoją kuchnia na cztery fajerki, piec chlebowy, piekarnik – duchówka, grill, wędzarnia.  Wszystko  zbudowali samodzielnie. Wokół znajduje się mnóstwo innych staroci – kołowrotek, żarna, dzieża, drewniana sofka, tara, maszyna Singer, lampy naftowe.

– Mamy tutaj mały raj. Wiosną jest przepięknie, zielono, śpiewają ptaki. Drób wymaga niewiele pracy, wystarczy dać jeść i pić. Więcej wysiłku trzeba włożyć w ogród i działkę, szczególnie w walkę z chwastami – mówi M. Sokołowska.

– Nasze stadko to w tej chwili 5 indyków, 3 gęsi dorosłe i 2 młode, 6 kur i ponad 20 kurczaków, które wylęgliśmy w inkubatorze, 14 kaczek dorosłych i dwie młode – wylicza A. Sokołowski. – W gospodarstwach przy naszej ulicy 20 lat temu trzymano konie, a jeszcze 10 lat temu kozy. To była rolnicza okolica.

Przeważyło lotnictwo

Skoro mojego rozmówcę tak pasjonuje rolnictwo, pytam dlaczego nie został na wsi i nie poświęcił się temu zajęciu.

– Nad moją rodzinną miejscowością non stop latały odrzutowce. Byłem zachwycony i postanowiłem zostać pilotem wojskowym. Złożyłem dokumenty do liceum lotniczego w Dęblinie. Na badania przyjechały 24 osoby, w tym 2 synów oficerów wojskowych. Dostali się tylko oni. Mnie odrzucił laryngolog. Przyjechałem więc do szkoły w Świdniku. W 1989 roku zapisałem się do aeroklubu i zacząłem skakać ze spadochronem. Przy 12 skoku miałem wypadek, więc zrezygnowałem z dalszych. Przerzuciłem się na szybowce, motolotnie i samoloty. Na pokazach lotniczych poznałem przyszłą żonę. I wtedy nie było już możliwości powrotu na wieś…- wyjaśnia bohater artykułu.

Agnieszka Wójcik-Skiba

 

 

 

 

Artykuł przeczytano 1290 razy

Last modified: 20 września, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?