Był rok 1976, grał wówczas w Tomasovii. WSK Tomaszów Lubelski był filią WSK Świdnik, więc i współpraca Tomasovii z Avią była bardzo ścisła. Klub z Tomaszowa miał szansę na awans do III ligi i potrzebował wzmocnienia. O pomoc zwrócił się do Avii. Odpowiadając na prośbę młodszej siostry, świdnicki klub wypożyczył, a jak się finalnie okazało, oddał trzech zawodników. W zamian wziął tylko jednego. Był nim Marian Kopczan.
– To byli troszkę starsi zawodnicy. Ja miałem 21 lat i sportowe ambicje. Avia wydawała się najlepszą opcją. Była mocną, drugoligową drużyną, potęgą, można powiedzieć, w regionie. Lepszej okazji nie mogłem dostać. Dalsze losy potoczyły się w ten sposób, że grałem w Avii do końca polskiej części mojej piłkarskiej kariery – mówi M. Kopczan.
Marian Kopczan był, kolokwialnie mówiąc, wielkim chłopem. Być może stąd wynikało jego główne kryterium wyboru piłkarskich wzorców.
– Moim wzorem był Jerzy Gorgoń. Miałem okazję grać przeciwko niemu, kiedy Górnik Zabrze spadł na jeden sezon do drugiej ligi. Wyników obu spotkań nie pamiętam, ale nie znaczy to, że je przegraliśmy. Pamiętam za to doskonale dużo późniejszy mecz pucharowy z Ruchem Chorzów, który wygraliśmy rzutami karnymi. Strzeliłem wtedy zwycięskiego karnego – wspomina M. Kopczan.
Rzeczywiście, pierwsze spotkanie z Górnikiem, 24 września 1978 r., Avia zremisowała u siebie 0:0, by przegrać w rewanżu 0:5.
Pytany o kolegów, z którymi łączyły go więzi najgłębszej sympatii, Marian Kopczan dzieli ich na tych życiowych i piłkarskich: – Z wychowanków Avii byli nimi Lucjan Oskroba, Bogdan Bukowski i Witek Łukasik, a z tych, którzy przyszli do klubu i grali w najlepszym, drugoligowym składzie – Andrzej Oryszko, Rysiek Dworzecki, Zbyszek Kondziak, Bolek Mącik. Ten ostatni długo grał w Motorze Lublin, a kiedy przyszedł do Avii był naprawdę solidnym zawodnikiem, pomocnikiem ustawiającym grę zespołu. W zasadzie można powiedzieć, że czułem się wychowankiem Avii. Tu stawiałem pierwsze, poważne piłkarskie kroki, tutaj również zakorzeniłem się rodzinnie. W Świdniku urodziły się moje dwie córki. Życie towarzyskie wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Nie było komputerów, Internetu, więc spotykaliśmy się często, mieliśmy wielu przyjaciół.
Komentując atmosferę w drużynie po przybyciu tak zwanego zaciągu lubelskiego, czyli zawodników Motoru, Marian Kopczan stara się zachować pozycję niezaangażowanego obserwatora.
– Między Avią i Motorem wrzało od zawsze. Jeśli przychodził ktoś z Motoru do Avii, musiał mieć zagwarantowane miejsce w składzie, co budziło zrozumiałe niezadowolenie. Trzeba powiedzieć, że byli to zawodnicy u schyłku kariery i po sezonie lub dwóch odchodzili. W sumie mieszkałem w Świdniku 13 lat. Mogę powiedzieć, że były to moje najlepsze czasy. Żona pracowała jako pielęgniarka w szpitalnym oddziale porodowym, a ja próbowałem nie tylko sportu. Oboje prowadziliśmy kiosk ze słodyczami, który okazał się udanym eksperymentem biznesowym. Jednocześnie wciąż byłem aktywny zawodniczo. Po meczu z Ruchem Chorzów pod mój kiosk przyszli kibice świętujący zwycięstwo, bo przecież strzeliłem decydującego gola – opowiada Marian Kopczan.
Po zakończeniu kariery w Avii spróbował jeszcze swoich sił w Kanadzie.
– Żona pozostała z dwójką dzieci w mieszkaniu przy Skarżyńskiego, a ja wyjechałem do Toronto, gdzie, w zespole Falcons, grała już połowa Avii. Falcons byli drużyną polonijną. Występowaliśmy w międzynarodowej lidze, w której dominowały zespoły portugalskie. Stąd nazywano ją czasem ligą portugalską. Zespół prowadzili Janek i Zdzisiek Ryglowie, a finansowanie pochodziło głównie z ambasady polskiej w Kanadzie. Naszym zadaniem było promowanie polskiego sportu i kultury – mówi były piłkarz.
Oceniając swój piłkarski warsztat, Marian Kopczan wylicza przede wszystkim cechy fizyczne i wolicjonalne:
– Z pewnością nie brakowało mi warunków fizycznych i ambicji, które były podstawą budowy kariery sportowej. Przejście z Tomasovii do Avii było sporym szokiem ze względu na różnice w sposobie szkolenia piłkarzy i generalnie organizacji klubu. Przyszedłem za trenera Jana Golana. Debiutowałem w wyjazdowym meczu z Zagłębiem Wałbrzych. Zagrałem na pozycji pierwszego stopera. Partnerowałem Andrzejowi Dyńskiemu. Obaj byliśmy młokosami, a Zagłębie, śląskim mocarzem II ligi. Dostałem zadanie krycia Kazimierza Szachnitowskiego, który w poprzedniej rundzie strzelił najwięcej bramek. Zremisowaliśmy na wyjeździe 1:1, co było niesamowitym sukcesem. Po przyjściu trenera Bronisława Waligóry zespół zamienił się w warsztat doświadczalny. Sprawdzał na nas swoje metody przygotowań do rozgrywek. Trzy treningi dziennie na obozie przygotowawczym – fizycznie było to naprawdę trudne do wytrzymania. Z Avii przeszedł do Widzewa Łódź i zdobył z nim tytuł mistrza Polski.
Marian Kopczan mieszka obecnie wraz z żoną w Zamościu, który pierwotnie był wariantem awaryjnym. Po wyjeździe do Kanady planował ściągnąć tam całą rodzinę. Sprawy się jednak przedłużały, realia życia w Kanadzie wydawały się coraz mniej atrakcyjne, dzieci dorastały. Żona czuła się w Świdniku bez rodziny samotna, więc postanowili przenieść ją do Zamościa, gdzie mieszkała jej siostra. W końcu przyszła decyzja o powrocie, którego Marian Kopczan absolutnie nie żałuje.

Na górnym zdjęciu Marian Kopczan stoi 6 od prawej, na dolnym, po zdobyciu przez Toronto Falcons pucharu ligi, 2 od prawej.
jmr
Artykuł przeczytano 1273 razy
Last modified: 30 lipca, 2023



