niedziela, 17 stycznia 2021r.

Pożegnaliśmy Bohatera

Autor: |

20 listopada, w wieku 93 lat zmarł kpt. Andrzej Żubr, pseudonim Jędruś. Był dzieckiem Warszawy, od 15 roku życia harcerzem Szarych Szeregów, w wieku 17 lat żołnierzem Powstania Warszawskiego. W poniedziałek pożegnali go rodzina i przyjaciele. Spoczął w Alei Zasłużonych Cmentarza Komunalnego w Świdniku.

Andrzej Żubr wspominał:- Pochodzę z rodziny wojskowych, gorących patriotów. Mój ojciec był legionistą, zawodowym żołnierzem i wykładowcą w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej k/Warszawy. Mój pradziadek Franciszek był adoptowanym synem Joanny Żubr, sierżanta wojsk napoleońskich, pierwszej kobiety odznaczonej Krzyżem Virtuti Militari.

W roku 1943 ukończyłem Gimnazjum Graficzne, a przedmioty takie jak historia, geografia, literatura, łacina uzupełniałem na tajnych kompletach. W tym samym roku, jako „Szary szeregowiec”, bogaty w doświadczenia małego sabotażu, złożyłem przysięgę i stałem się żołnierzem Armii Krajowej z przydziałem do komórki legalizacyjnej w strukturach Kedywu, gdzie moje umiejętności stosowania różnych technik graficznych, wynikające z przygotowania zawodowego, okazały się bardzo przydatne.

– W powstaniu byłem żołnierzem oddziału łączności specjalnej (kanały), którego zadaniem było utrzymywanie kontaktu między Komendą Główną Armii Krajowej, a oddziałami walczącymi w powstaniu. Naszym dowódcą była kobieta w stopniu majora, o pseudonimie Karaś. Głównymi szlakami komunikacyjnymi były kanały. Większość z nich miała 80 centymetrów wysokości. W porównaniu z nimi kanał pod Krakowskim Przedmieściem wyglądał jak promenada. W dodatku miały one eliptyczny kształt. Wystarczyło oprzeć się o śliską ścianę i lądowało się w cuchnącym rynsztoku. Nie ma co ukrywać, że służba była śmierdząca. Z powodu ciasnoty w kanałach, chętnie wyznaczano do zadań łącznościowych takich niskich kajtków, jak ja. Nie mieliśmy stałego miejsca stacjonowania. Przemieszczaliśmy się po Warszawie za Komendą Główną. Czasem pełniliśmy rolę przewodników dla osób przedzierających się kanałami. Nie byli to ludzie przypadkowi. W podziemnym ruchu panował porządek. Zawsze mieliśmy pisemny rozkaz określający kogo i dokąd mamy przeprowadzić. Z czasem, coraz większą część z nich stanowili ranni. Proszę sobie wyobrazić transportowanie krwawiących ludzi w szambie…

Walka skończyła się dla niego po kapitulacji Warszawy. Ciężko rannego, wyciągnęli go z piwnicy Niemcy. Nie wiedzieli, że pod gipsem chroniącym rozwalony łokieć, ma konspiracyjną bibułę z rozkazem potwierdzającym odznaczenie przez gem. Bora-Komorowskiego, Krzyżem Walecznych za akację odblokowania kanałów dla powstańców wycofujących się ze starego miasta, kiedy to rzez niemieckie pozycje przedarliśmy się do kanałów i przeszliśmy nimi do skrzyżowania ulic Nowy Świat i Aleje Jerozolimskie. Tam otworzyliśmy zawór, którym ścieki spłynęły do Wisły, umożliwiając ewakuację.

–  W ostatnich dniach powstania cofaliśmy się przed nacierającymi Niemcami. Dostałem serię postrzałów. W miednicę, głowę i łokieć. Poczułem słodycz w ustach i pogrążyłem się w różowej poświacie. Widziałem ją, czułem jej zapach i smak. Nie czułem cierpienia. Nagle sanitariuszki upuściły moje nosze na ulicę i poczułem okropny ból.

Po kapitulacji Powstania Warszawskiego A. Żubr został wywieziony do obozu jeńców wojennych do stalagu w głąb Niemiec, do miejscowości Altengrabow niedaleko Magdeburga. Jako ranny znalazłem się w tym obozie w części szpitalnej, przeznaczonej dla jeńców wojennych. Obóz, do którego trafiłem, został przekształcony w obóz jeńców wszystkich narodowości walczących z Niemcami w II wojnie światowej, stając się międzynarodowym obozem jenieckim. I tam, w tej „lazaret comando”, bo tak to się nazywało, sanitariuszem był Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta. Był jeńcem 1939 roku. Robiłem dla niego  ilustracje do „Matki Boskiej Stalagów”. W obozie przebywał również francuski jeniec Fernandel, znany później jako aktor komediowy Byłem tak ranny, że postanowiono amputować mi rękę. Operował go Anglik, lekarz – również jeniec. Na szczęście wszystko się udało, ręka pozostała. W czasie rekonwalescencji miał nade mną pieczę K. I. Gałczyński – poeta, jeniec w kampanii wrześniowej, który pełnił w szpitalu funkcję sanitariusza. Nigdy nie zapomnę jego ojcowskiej opieki. To było spotkanie dwóch pokoleń walczących o tę samą ojczyznę. W roku 1945 do Magdeburga zbliżał się front. Od strony Belgii i Holandii ruszyła ofensywa.

– Po zakończeniu wojny udało mi się uciec z obozu. Od strony Niderlandów szła armia. W jej składzie znalazła się pierwsza dywizja gen. Maczka. Dostałem się do tej dywizji i służyłem w niej jeszcze około trzy miesiące. Po wojnie stworzone zostało liceum dla młodych ludzi, którzy nie mieli wykształcenia. Dzięki temu nie obowiązywała nas nawet służba wartownicza. Kazali się nam tylko uczyć. Zrobiłem tam maturę w języku angielskim. Po zdemobilizowaniu stanąłem przed wyborem: wrócić do kraju czy wyjechać? Otrzymałem taką możliwość, że jakiekolwiek miejsce palcem na mapie, tam mogę pojechać. Będę miał zapewniony dojazd oraz pracę. Dostałbym wyprawkę, jaką dostaje żołnierz po przejściu do cywila: dwa garnitury, walizkę i żołd za dwa lata. Ale ja wybrałem Polskę i wróciłem w 1947 r. do kraju.
Najbliżsi mnie jednak ostrzegli. Miałem rodzinę we Wronkach i tam w dużym więzieniu pracował mój, dopiero co poznany szwagier. Było to więzienie przeznaczone przede wszystkim dla politycznych. Przestrzeżono mnie, jak mam się zachowywać, co mam robić, aby nie podpaść. I tak zaczęła się „druga konspiracja”. W takim systemie przyszło Polakom żyć i trzeba było nauczyć się radzić sobie w tym całym wielkim kotle. Pracowałem we Wrocławiu w liceum, gdzie dyrektorem był brat mojej późniejszej żony. Uczyła się we Wrocławiu i akurat u niego mieszkała. Poznaliśmy się, a po jej maturze i zdanym egzaminie na studia, pobraliśmy się.

W roku 1947 stanąłem przed komisją poborową, w czasie oględzin lekarskich spytano mnie, skąd są te kontuzje. Odpowiedziałem, że w czasie okupacji w łapance ulicznej wywieziono mnie na przymusowe roboty do Niemiec i tam w czasie bombardowania zostałem ranny. Otrzymałem legitymację „Nie zdolny do służby wojskowej na stałe”. To był dla mnie bardzo ważny dokument. Od tego momentu mogłem już spokojnie, często zmieniać pracę i miejsce zameldowania.

Od wczesnych lat 50., Andrzej Żubr był mieszkańcem Świdnika. Ściągnęła go tu żona Maria.  Pracował jako pierwszy kierownik domu kultury. Niestety UB szybko dowiedziało się o jego przeszłości. Kiedy wraz z grupą pracowników WSK zapisał się na studia w nowo powstałej Wyższej Szkole Inżynierskiej, czasie któregoś z wykładów, profesor powiedział mi: niech pan już więcej na wykłady nie przychodzi. Wkrótce został zwolniony z pracy i osadzony w więzieniu na Zamku Lubelskim. Wysiłki śledczych zmierzały głównie do zwerbowania go do pracy w służbach. Były jednak bezskuteczne. Z więzienia wyszedł w 1956 roku po dojściu do władzy przez Władysława  Gomułkę, z kartką umożliwiającą mu przejazd do Świdnika. Ale pracy dla takich jak on nie było. Żeby przeżyć, jako absolwent gimnazjum plastycznego, wykonywał, jak sam mówił, plastyczną szmirę, którą handlował. Po wielu latach wygrał sprawę w sądzie. O dziwo dopomógł mi radca prawny WSK, jak się później okazało, w czasie wojny również żołnierz AK.
Na pojęcie „Świdnik” składali się ludzie z różnych środowisk z całej Polski. Jedyną rozrywką były kioski z piwem, meliny z bimbrem oraz często krwawe bójki. W takich realiach zwykły barak stał się oazą kultury. Stopniowo zaczęły powstawać zespoły o różnych zainteresowaniach. Powstał chór mieszany, orkiestra dęta, która gra do dzisiaj jako Helicopters Brass Orchestra – zmieniali się jedynie muzycy i kapelmistrze. Powstał dziecięcy zespół „Bajka”, teatrzyk kukiełkowy, zespół rewelersów, zespół teatralny, tańca ludowego i zespół plastyczny – ten zespół sam prowadziłem. Do prowadzenia pozostałych zatrudniani byli instruktorzy z Teatru im. Osterwy, z lubelskiej operetki i filharmonii.

Przy współpracy z Lubelską Estradą, scenę świdnickiego Domu Kultury uświetniły swoimi występami wszystkie znane wówczas gwiazdy polskiej piosenki. M.in. był u nas piosenkarz francuski Yves Montand. Śpiewał w nowo wybudowanej hali fabrycznej dla całego społeczeństwa świdnickiego. Wystąpił w czarnej koszuli, z podwiniętymi rękawami. To był sukces…

Inną moją „zasługą” było uruchomienie w Domu Kultury jasełek, za które dostałem pierwszą krechę. Wtedy pierwszy raz podpadłem. Zespół przyszedł z kościoła w Mełgwi, gdzie ludzie stworzyli amatorską grupę i wystawiali jasełka. I tu, w Świdniku poszło to bez uzgodnień. Sala była pełna, ale ja zostałem zwolniony dyscyplinarnie. Po uwolnieniu mogłem dostać pracę pod warunkiem współpracy z UB. Brakowało na kaszę manną dla dzieci. Zacząłem chałturzyć, malowałem i sprzedawałem po wsiach. Pamiętam, że Teofil Nowosad, jeden z kolejnych kierowników, też podpadł, ponieważ był budowniczym pierwszego kościoła. Zbierał podpisy. Wtedy było to nie do pomyślenia. Taki człowiek od razu znajdował się na liście, jako wróg Polski Ludowej. Pamiętam sytuację, kiedy wraz z grupą pracowników WSK zapisałem się na studia w nowo powstałej Wyższej Szkole Inżynierskiej. W czasie któregoś z wykładów, profesor powiedział mi: niech pan już więcej na wykłady nie przychodzi. Z więzienia wyszedłem z kartką umożliwiającą przejazd do Świdnika, po dojściu do władzy przez Władysława Gomułkę. Ale pracy nie mogłem znaleźć. Po wielu latach wygrałem sprawę w sądzie. O dziwo dopomógł mi radca prawny WSK, pan Jaroszyński, który reprezentował stronę pozwaną. Powiedział, że nie wie, z jakiego powodu zostałem wyrzucony z pracy. Byłem tą postawą bardzo zaskoczony, ponieważ jego zeznania były dla mnie bardzo korzystne. Dopiero potem dowiedziałem się, że on również w czasie wojny służył w Armii Krajowej.

Po powrocie do domu kultury pracowałem tylko jako instruktor, prowadzący dziecięcy zespół plastyczny. Uczyłem młodzież malować i rysować. „Mam na sumieniu” kilka osób, które ukończyły wyższe studia w tym kierunku i nawet tu mieszkają, np. Marysia Wołoszyńska.

Kiedy Władysław Gomułka po raz wtóry doszedł do władzy, zostałem zrehabilitowany, wygrałem sprawę w sądzie, otrzymałem pożyczkę na budowę domu i powróciłem do pracy – prowadziłem pracownię plastyczną w zakładzie. Ślady mojej działalności to projekt winiety do pierwszego wydania „Głosu Świdnika”, projekty sztandarów dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Świdniku oraz dla Szkoły Podstawowej nr 7 im. Żołnierzy AK, dla „Solidarności” w Świdniku, projekt pomnika „Solidarności”, który znajduje się przed biurowcem w zakładzie.

Miałem też swój udział w wyborze herbu Świdnika. Przedstawiono nam 12 projektów, a jako argumenty za obecnym wizerunkiem herbu przedstawiłem przejrzystą trójbarwną szatę i skrzydlate „Ś” symbolizujące tradycje lotnicze Świdnika. Jestem również projektantem sztandaru miejskiego oraz sztandaru szkoły „siódemki”. Wspólnie z kolegami ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Świdniku, doprowadzaliśmy do tego, żeby ta szkoła miała imię Żołnierzy Armii Krajowej. Mieliśmy udział przy wykonaniu czołowej ściany. Projektowałem także pomnik solidarnościowy, który stoi w zakładzie, przed głównym budynkiem. Pozostanie ślad po mojej działalności. Mam również trzy córki, które wykształciłem. A do tego też potrzebny jest talent.

Andrzej Żubr zrezygnował z pracy w WSK w 1982 roku, w wieku 55 lat, korzystając z uprawnień inwalidy wojennego. Zakładał świdnickie koło Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Dopóki wystarczało mu sił uczestniczył w obchodach świąt narodowych i innych ważnych rocznic historycznych. Z czasem coraz mocniej pokazywał po sobie wzruszenie i emocje, zwłaszcza w spotkaniach z młodzieżą. Prywatnie był człowiekiem wysokiej kultury osobistej. Jego rozmówców zaskakiwała również, mimo podeszłego wieku, znakomita pamięć. W osobie ś.p.  kpt. Andrzeja Żubra pożegnaliśmy żywy pomnik tragicznych dziesięcioleci historii Polaków ale również człowieka z krwi i kości, który nawet przy przypadkowym spotkaniu pozostawiał po sobie ślad.  Odszedł zaledwie kilka dni po śmierci swojej ukochanej żony, jakby nie chcąc przerwania ciągłości ich wspólnej drogi.

 

Artykuł przeczytano 530 razy

Last modified: 27 listopada, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?