niedziela, 19 maja 2024r.

Podróże niecepeliowe

Autor: |

– Tacy biedni, a tacy szczęśliwi. Uśmiechy na twarzach mieszkańców Afryki witających turystów nie są wcale oznaką szczęścia. Liczą na to, że kupisz u nich obiad, zamówisz przewodnika albo tragarza, może nawet przenocujesz. Ich uśmiech nie jest oznaką szczęścia. To uśmiech marketingowy.

Tomasz Michniewicz, podróżnik i pisarz odziera rzeczywistość, zwłaszcza tę egzotyczną, z sentymentów. Mówi też, jak manipulują nią media przestawiające ekstrema jako normalność, a normalność pomijając, bo jest medialnie mało atrakcyjna. Wie coś o tym. Sam podróżuje, pisze, zadziwia się światem, ale inaczej niż oglądamy to w telewizorze.

– Spójrzmy na tego lwa leżącego w zielonej trawie. No nie. To zdjęcie się nie sprzeda. Lew w trawie? Przecież trawa to nie Afryka. Afryka to pustynia, a jeśli już trawa, to wypłowiała, albo wysuszona. Albo kolejne zdjęcie. Człowiek siedzący na tle ruin. Powiemy zaraz: Syria, Aleppo, ojciec szuka zaginionych dzieci po ataku bombowym. Nic z tego. Maroko, planowa rozbiórka hotelu na wybrzeżu. Media nie operują już nawet obrazami, tylko skojarzeniami, którymi nas karmią- tłumaczy Tomasz Michniewicz.

Środowe spotkanie pisarza ze świdniczanami, które odbyło się w Miejsko-Powiatowej Bibliotece Publicznej, jednym otworzyło oczy, innych utwierdziło tylko w tym, co przeczuwali. Jak na czterdziestokilkulatka widział i przeżył już tyle, że nie wierzy w cukierkowe zdjęcia chińskich bądź afrykańskich piękności. Wciąż jednak zadziwia go to, jak ludzie, mimo różnic w wyglądzie i dzielących ich kulturowych, bądź religijnych niby przepaści, są do siebie podobni.

– Arabia Saudyjska. Kobiety w abajach. Ktoś pomyśli: biedne. Okutane od stóp do głów, prześladowane. Tymczasem abaja jest jedynie skorupką. Dosyć wygodną i przewiewną zresztą, co w warunkach panujących tam temperatur jest nie do pogardzenia. Ale zajrzyjmy pod nią. Pod nią jest długowłosa dziewczyna, pachnąca drogimi perfumami, nosząca topowe ciuchy, chodząca z koleżankami do sklepów po atrakcyjną bieliznę, którą wystawia się w samym wejściu do domu towarowego. Religijna manifestacja z jej czasem rygorystycznymi regułami odbywa się na ulicy. W domu życie nabiera ogólnoludzkiego, uniwersalnego wymiaru. A wieczorem, kiedy Allach traci ostrość widzenia, można się nawet napić kukurydzianego wina – opowiada Tomasz Michniewicz.

Będąc z mediami na „bliskie ty” T. Michniewicz uzmysławia rozmówcom, jak bardzo wpływają one na naszą świadomość i postrzeganie świata.

– Od zamachu na World Trade Center, kiedy życie straciło 3 tysiące Amerykanów, medialny świat stał się areną konfrontacji chrześcijaństwa i islamu. Kiedy wybuchła pandemia COVID-19, problem jednak zniknął, podobnie jak pandemia, po agresji Rosji na Ukrainę.

Właśnie medialnie wykreowany konflikt cywilizacyjny między chrześcijaństwem i islamem stał się przedmiotem głębszej refleksji.

– Nasz stosunek do islamu, zwłaszcza po zamachu w Nowym Jorku,  jest mieszanką strachu i nienawiści. Media skrzętnie i dramatycznie informują o tym, jak przedstawiciel świata Zachodu stracił życie w wyniku egzekucji przeprowadzonej przez islamistów, bo wiedzą, że wstrząśnie to naszymi emocjami. Takich przypadków było cztery. W tym samym czasie w Pakistanie, w samych tylko atakach samobójczych, zginęło 5 tysięcy osób, a 15 tysięcy zostało rannych. Nikt w zachodnim świecie nie zwrócił na to uwagi.  Wybuchały autobusy z dziećmi wożonymi do szkoły, centra handlowe. Terroryzm nie jest wymierzony przeciwko Europie czy Ameryce, chociaż w medialnym przekazie to my jesteśmy na celowniku terrorystów. W rzeczywistości to wewnętrzna wojna islamska. Rozmawiałem z ludźmi zamieszkującymi prowincję, która żyje praktycznie wyłącznie z obsługi międzynarodowych wypraw wysokogórskich. Po terrorystycznym ataku talibów na jedną z nich pod Nanga Parbart wszystkie pozostałe, w ciągu jednego dnia „wyparowały” i zniknęły na ponad dwa lata. Co powiedzieli miejscowi? – Nie wiemy skąd są ci ludzie. Nie znamy ich. Przychodzą z daleka, zza gór, zabijają i znikają. Boimy się ich i jednocześnie nienawidzimy, bo nie wiemy kiedy znowu i po co przyjdą.

Pytany o to, gdzie po setkach swoich podróży, chciałby zamieszkać, Tomasz Michniewicz mówi o San Francisco, chociaż też bez wielkiego przekonania.

– Jest najbardziej europejskie, a jednocześnie zorganizowane po amerykańsku. Pamiętajcie jednak, że czym innym jest pomieszkiwanie w danym miejscu, a zupełnie czymś innym osiedlenie się tam na stałe. To drugie jest zdecydowanie mniej egzotyczne, atrakcyjne,  za to bardzo prozaiczne. W ciepłych krajach jest ciepło, ale często na tym właściwie kończą się ich zalety. Choćbyście na koncie mieli nie wiadomo jak mało i tak, w porównaniu z Afrykanami, jesteście bogaczami. Tylko w Polsce czuję się jak w domu. Mam świadomość odpowiedzialności za ten kraj ze świadomością, że patriotyzm to coś innego niż machanie flagą 11 listopada.

Spotkanie z Tomaszem Michniewiczem, autorem, między innymi, książek „Chrobot” i „Świat równoległy”, odbyło się w ramach cyklicznego projektu, który uzyskał wsparcie świdniczan w ramach Budżetu Obywatelskiego. Honorowy patronat nad nim objął burmistrz Waldemara Jakson.

jmr

Artykuł przeczytano 842 razy

Last modified: 16 marca, 2023

Registration

Zapomniałeś hasło?

Zmień język »
Skip to content