Prawie dokładnie 40 lat temu, 31 marca 1983 roku, w Wielki Czwartek, ks. Krzysztof Czerwiński, jako jeden z osiemnastu diakonów przyjął święcenia kapłańskie od ks. arcybiskupa Bolesława Pylaka. Od trzydziestu czterech jego posługa związana jest ze Świdnikiem. O próbę podsumowania swojej dotychczasowej drogi życiowej i służby wiernym poprosiliśmy go kilka dni po jubileuszu, który obchodził w otoczeniu parafian podczas mszy świętej.
– 40 lat kapłaństwa, w tym 34 spędzone w Świdniku to szmat czasu. Jak jest pierwsza refleksja, kiedy Ksiądz obejrzy się za siebie?
– Przede wszystkim wspomnienie początków. Jakby to wczoraj było. Ale gdyby chcieć spisać historię tych lat, pewnie wyszłoby kilka tomów. Każdy dzień był długim dniem. Dużo się działo. Najpierw częsta zmiana miejsc. Wiejska parafia w Wożuczynie, potem Puławy, Nałęczów, wreszcie Świdnik. Przyznam, że szczególnie odpowiada mi środowisko robotnicze, ponieważ sam z takiego pochodzę i takie właśnie dominuje w Świdniku. O wyborze tego miasta zadecydował jeszcze jeden powód. Zawsze marzyłem o lotnictwie, studiowaniu w Dęblinie. Pan Bóg pokierował mnie inaczej, ale nawet jako student seminarium lubiłem wsiąść w autobus, przyjechać do Świdnika i sycić oczy widokiem śmigłowców, i samolotów latających nad miastem.
– Jak trafił Ksiądz do parafii św. Józefa?
– Po prostu napisałem podanie. Po czasie okazało się, że chyba wyprzedziłem decyzję biskupa.
– Mówił też Ksiądz o tym, że otrzymywał potem propozycje przejścia do innych parafii, ale wola pozostania okazała się silniejsza.
– Była mowa o powrocie do Nałęczowa, albo przenosinach do Kraśnika, ale powiedziałem, że chcę dokończyć tutaj dzieła, które zacząłem. Chodziło o organy zamówione w Niemczech. A potem mogę już iść tam, gdzie biskup mnie pośle.
– Czy w takim razie wszystkie zaplanowane zadania zostały już wykonane?
– Oczywiście, że nie. Zanim wykona się wszystkie zamierzenia, trzeba umierać. Zawsze trzeba mieć plany. Plany trzymają człowieka przy życiu, dają nadzieję. Obserwuję starszych ludzi. Jeżeli dbają o dom, jego otoczenie, sami utrzymują się w formie. Jeśli pomyślą – a, to nie ma sensu, szybko gasną.
– Każda z parafii, w których Ksiądz pracował była inna, z własnym klimatem. Czym charakteryzuje się wspólnota parafii św. Józefa?
– To najstarsza demograficznie część Świdnika. Kiedy tu przyszedłem, ci ludzie byli jeszcze w średnim wieku. Pracowali, głównie w WSK, co mnie cieszyło, bo mogłem z nimi porozmawiać na tematy lotnicze. Dużo było też rzemieślników. Większość miała wiejskie korzenie. Kiedy sprzedali gospodarstwa, rozpoczęli budowę domów. A nie były to łatwe czasy. Nie wystarczyło mieć pieniądze. Trzeba było wystarać się o materiały budowlane, wykazać niezwykłą zaradność. Pracowali ciężko w soboty i niedziele. Byli bardzo pracowici.
– Powiedział Ksiądz kiedyś, że kapłan nigdy nie może czuć się spełnionym. Po latach to przekonanie się zmienił czy pozostało niewzruszone?
– Malarz nigdy nie jest do końca zadowolony ze swojego dzieła. Tak samo jest w pracy kapłańskiej. Nawet przy realizacji tych, można by powiedzieć mniej ważnych, materialnych zadań, jak budowa kościoła. Na szczęście dzięki tamtym doświadczeniom można dzisiaj doradzić młodym. Swoją drogą wciąż staramy się być w awangardzie technologicznej: centralny odkurzacz w kościele, elektrycznie otwierane okna, wentylacja, nawet podgrzewane schody wejściowe, o czym rzadko kto wie. Koledzy często naśladują te eksperymenty.
– Spełnienie i satysfakcja to dwie różne rzeczy. Czy czuje się Ksiądz, jeśli nie spełniony, to usatysfakcjonowany swoim dziełem?
– Odpowiadając trochę żartobliwe – czuje satysfakcję, że przez te czterdzieści lat dawałem radę. Poważniej, mam psychikę, która wykuwa się w chodzeniu po górach. Kiedy wychodzę rano i widzę szczyt, wiem, że muszę tam dojść, ale muszę też jeszcze wrócić. To zostaje w głowie i bardzo pomaga. A ze spełnieniem, czy też nasyceniem jest trochę tak, jak z jedzeniem. Nadmiar powoduje złe samopoczucie.
– W posłudze kapłańskiej podstawową zaletą jest umiejętność dogadania się ludźmi, bo przecież praktycznie cały czas wśród nich i z nimi się pracuje. 34 lata pracy w tutejszej parafii dają chyba świadectwo, że taką smykałkę Ksiądz posiada. I niewielu chyba parafian chciałoby zmienić swojego proboszcza.
– Podstawą sukcesu proboszcza jest dobra współpraca z wikariuszami. Miałem to szczęście, że wszyscy, którzy tu trafiali byli wspaniałymi ludźmi.
– Jakie dokonania, materialne i niematerialne wydają się Księdzu najcenniejsze w trakcie pracy w tej parafii?
– Najważniejsze jest zawsze budowanie Kościoła Żywego. Radość nie może wynikać jedynie z tego, że do świątyni przychodzi każdej niedzieli 70 czy 80 procent parafian. To nie ma wielkiego znaczenia, bo za Chrystusem też nie szli wszyscy. Ważne, żeby obecni tutaj wiedzieli po co przyszli. Myślę, że wierni odwiedzający nasz kościół mają to poczucie. Czasy komunizmu dawno minęły, ale wciąż istnieje potrzeba budowy Kościoła „ponadpartyjnego”, w którym ludzie o różnych poglądach potrafią zjednoczyć się wokół ołtarza. Jeśli chodzi o dokonania materialne, należy podkreślić, że nie są zasługą proboszcza, ale całej wspólnoty, która wspomaga jego wysiłki materialnie, często też wkładem własnej pracy.
– Jak zmieniło się wyobrażenie Księdza o postawie kapłańskiej po 40 latach posługi w stosunku tego, jakie miał na początku drogi?
– Model kapłaństwa kreują zawsze realia. Inną postawę prezentuje się w warunkach stałego zagrożenia inwigilacją, namawianiem do współpracy z reżimem. Tak było w czasach „Solidarności”, błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, mszy za Ojczyznę. Przyszły nowe czasy. Czy lepsze? Oczywiście Kościół cieszy się pełną swobodą, kapłani nie czują presji fizycznego zagrożenia. Zagrożeniem, szczególnie dla młodych ludzi są paradoksalnie zdobycze techniki, zwłaszcza Internet. Kiedyś proces katechezy był prostszy. Dzisiaj, wszechobecność mediów i głoszonych przez nie wartości sprawia, że młody człowiek nie wie dokąd pójść, jaką drogę wybrać. Wydaje mu się, że zdobyta wiedza jest przepustką do swobodnego wyboru. Jednak wiedza to nie to samo, co mądrość. Mądrość zdobywa się z wiekiem. Wtedy dopiero potrafi się odróżnić prawdę od fałszu.
– Czy na początku posługi nie miał Ksiądz wrażenia, że został powołany po coś, a po czterdziestu latach, że jednak po coś innego?
– Z moim powołaniem było trochę inaczej niż w przypadku innych księży. Wyrastałem w atmosferze Kościoła. Mamy brat był organistą. Stryj księdzem. Brat cioteczny, werbista, jest na misjach. Nie ograniczało to życiowych wyborów, ale w pewnym stopniu je profilowało. Może stąd wzięło się moje przywiązanie do zdania z „Zapisków więziennych” księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego: Gdy diabeł wchodzi na ołtarz, nie pozwolę. Jest to stwierdzenie uniwersalne, dotyczące nie tylko życia religijnego, ale każdej sfery ludzkiej egzystencji, mówiące o tym, że trzeba trwać przy wyznawanych przez siebie wartościach, niezależnie od zagrożeń i nacisków. Inaczej jest po człowieku. Wychowałem się na homiliach Jana Pawła II, później cieszyłem, że papieżem został kardynał Ratzinger…
– …Skąd ta radość?
– Bo to mądry człowiek, po niemiecku konkretny.
– A gdyby porównać Wojtyłę, Ratzingera i Bergoglio?
– Nie do końca się to uda, ponieważ trzeba uwzględnić miejsca ich pochodzenia. Jan Paweł II – Polak, słowianin, bezgranicznie otwarty. Benedykt z kolei uporządkowany do granic możliwości. Franciszek – zupełnie inna cywilizacja i doświadczenia, dla nas chyba nie do końca zrozumiałe.
– Jakie cele stawia Ksiądz przed sobą na dalszą posługę?
– Najważniejszym celem jest, by na końcu dzieła obejrzeć się za siebie i spojrzeć na nie z podniesioną głową. Wszystkim wątpiącym, załamanym, tracącym poczucie sensu powtarzam: podnieś głowę do góry. Wszystko będzie dobrze. Pan Jezus jest z Tobą.
Artykuł przeczytano 1725 razy
Last modified: 16 kwietnia, 2023



