piątek, 01 marca 2024r.

Najważniejsze nauczyć skakania na główkę

Autor: |

Zaczął pływać po znajomości. Nie chodziło jednak o przekupstwo.  Znajomym jego mamy, Beaty, był Zdzisław Stypiński, trener Avii. Dogadali się i w ten sposób, w 2007 roku, Janek Hołub rozpoczął regularne treningi, i naukę w klasie sportowej Szkoły Podstawowej nr 5.

– Potencjał w uprawianiu pływania dostrzegłem sporo później. Przyznam, że nigdy nie angażowałem się w treningi na maksa. Jeden z trenerów powiedział nawet, że pływam na zaciągniętym hamulcu ręcznym. Do tej pory nie nazwałbym siebie tytanem pracy. Punkt zwrotny nastąpił nawet nie na zawodach, ale w czasie wewnętrznych wyścigów, które organizowaliśmy sobie bodajże w każdy czwartek. Którego dnia popłynąłem szybciej niż kolega z klasy, który trenował od trzech lat, a ja tak naprawdę dopiero zaczynałem. Pomyślałem, dobrze pamiętam ten moment, że może by się przyłożyć, bo może coś z tego być.

Jan Hołub bardzo ciepło wspomina swojego pierwszego trenera, Zdzisława Stypińskiego: – Nie wiem czy była to świadoma strategia, ale jego treningi nie były nastawione na natychmiastowe osiąganie znaczących wyników, lecz na rozwój. Jak to teraz widzę, pracował z nami z założeniem, że dotrwamy do kariery seniorskiej. Zatem nie byłem „zajechany”, jak wychowankowie innych trenerów, czego niestety doświadczyłem znacznie później, po powrocie ze Śląska Wrocław do Lublina. Jako dojrzały, można powiedzieć doświadczony zawodnik, odważę się stwierdzić, że przy niektórych trenerach, ale nie jest to reguła, raczej wyjątek, trzeba wysiłek samemu, indywidualnie sobie dozować, żeby uniknąć stanu chronicznego przemęczenia. Niestety główny nurt polskiej myśl szkoleniowej zakłada, że tylko najsilniejsi mogą przetrwać. Mamy przykłady talentów, takich jak Kamila Sadło czy Mateusz Kliza, którzy nie wytrzymali reżimu obciążeń w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie i nabawili się kontuzji eliminujących ich z dalszej kariery.

Rozstanie z Avią nastąpiło po 6 latach treningów.

–  Pojechałem na zawody do Berlina w ramach ekipy Śląska Wrocław, która była jedynym klubem reprezentującym Polskę. Poznałem tam bardzo fajnych ludzi. Namawiali mnie, zwłaszcza, że byłem już dobrym zawodnikiem, do rozpoczęcia nauki w Licem Mistrzostwa Sportowego we Wrocławiu i tak też się stało we wrześniu 2012 roku. Muszę podkreślić, że w Avii również czułem się bardzo dobrze. Jej barwy reprezentowałem na zawodach jeszcze przez rok, a potem przeszedłem do Śląska. Wrocław, jako wielkie miasto, oferował znacznie bogatsze możliwości rozwoju pod każdym względem. Dostałem również pierwsze znaczące stypendium. Trenerzy zachęcali mnie perspektywą osiągnięć sportowych: popatrz, jaki mamy skład, jakie będziemy mieli sztafety. Dla młodego chłopaka był to wielki krok do przodu.

Jan Hołub twierdzi, że jego sportowe życia nie polega na gonitwie za wszelką cenę za mega sukcesami.

– W sporcie skupiłem się na jego dobrych stronach. Nie na wynikach, miejscach na podium, które oczywiście mają duże znaczenie, ale są tylko dodatkiem. W sporcie najważniejsze są rzeczy nienamacalne –  nawiązane przyjaźnie, zwiedzone miejsca na całym świecie, pozyskane wartości. Skupiałem się na tym, że znajduję się tu i teraz, nie ograniczam się na sporcie, nie zamykam na otaczające życie. Może dlatego nie osiągnąłem najwyższych celów, do których dążą zwykle sportowcy, ale nie jest mi z tego powodu przykro. Jestem wdzięczny za to wszystko, co udało mi się dzięki sportowi osiągnąć. Poza tym pomału przyzwyczajam się do myśli o schyłku kariery.

Jan Hołub, mimo wciąż młodego wieku podjął już w życiu kilka ważnych decyzji. Wydają się one trafne, jednak nie uważa on, żeby świadczyły o wcześnie osiągniętej dojrzałości życiowej:

– Sposoby mojego myślenia i podejścia do życia jeszcze kilka lat temu i obecnie dzieli przepaść. Jeszcze w Śląsku, na zasadzie młodzieńczego buntu, stawałem okoniem, kiedy trenerzy nakłaniali mnie do maksymalnego wysiłku, tłumacząc, że stać mnie na osiąganie w pływaniu światowych szczytów. Może po prostu byłem trochę leserem. Mogło to tak zabrzmieć na niedawnym spotkaniu z uczniami świdnickich szkół, kiedy niby zniechęcałem ich do nauki mówiąc, że jak pójdą w sport i będą dobrzy to nie będą musieli się uczyć. Oczywiście nie takie były moje intencje. Chodziło o to, że sukcesy sportowe ułatwiają życie w takim sensie, jaki opisuje mój przypadek, kiedy w ostatniej klasie liceum mogłem skorzystać z indywidualnego toku nauki i zajmować się wieloma różnymi rzeczami. Zachęcałbym młodych właśnie do wszechstronności, również w sporcie, bo tylko wtedy unikniemy niepotrzebnego profilowania organizmu do dużego monotonnego wysiłku, który z czasem nie dodaje nam zdrowia, lecz wręcz je odbiera i powoduje dużą podatność na kontuzje.

Pomimo, że jak deklaruje, sukcesy nie były w jego karierze najważniejsze, Jan Hołub nie „ustrzegł się” zdobywania medali.

– Najbardziej dumny jestem ze swojej kwalifikacji na igrzyska olimpijskie w Tokio. Lata 2020-21 były dla mnie bardzo ciężkim okresem. Pandemia utrudniała normalne treningi, w dodatku tuż przed wyjazdem na zgrupowanie do Spały, które miało nas przygotować do igrzysk, z dnia na dzień z pracy zrezygnował mój trener. Na szczęście dołączyłem do bardzo fajnej grupy trenowanej przez Macieja Hampla. Dzięki tej współpracy  poznałem na czym tak naprawdę polega profesjonalny sport – bez opuszczania treningów, udawanego zaangażowania. Jest po prostu ciężka praca.

Poza czynnym uprawianiem tej dyscypliny Jan Hołub jest także instruktorem pływania. Nie wyciska ze swoich podopiecznych siódmych potów. Deklaruje, że najważniejszym celem jest nauczenie dzieci skakania ze słupka na główkę. Dlaczego właśnie to?

– Coraz więcej można spotkać dzieci, które dotyka prześladowanie w szkole, przemoc w rodzinie, różnego rodzaju patologie. Ich poziom wiary w siebie jest zerowy. A umiejętność skakania na główkę może przywołać u młodego człowieka refleksję: bałem się, ale dałem radę. To poprawia samoocenę, daje kopa do sięgania po kolejne cele. Wpojenie młodym wartości takich jak przyjaźń, praca, koleżeńskość, jest znacznie cenniejsze niż samo nauczenie pływania.

Jan Hołub ma dość niestandardowe plany na życie po zakończeniu kariery pływackiej.

– Uważam, że w swoim życiu osiągnąłem już całkiem sporo. Nie mam głodu zawrotnej kariery trenerskiej czy też ogromnego sukcesu w innej dziedzinie. Mój pomysł na życie można nazwać metodą „z dnia na dzień”, która uwalnia od stresu podejmowania niepotrzebnego wysiłku. Moja kobieta, Paula jest całkowitym zaprzeczeniem takiej filozofii,  do której jednak nieustannie próbuję ją przekonać.  Myślę też o napisaniu książki, ale na razie nie wiem o czym. Interesuje mnie filozofia, jednak moje poszukiwania nie doprowadziły dotychczas do odnalezienia jednego kierunku, z którym mógłbym się identyfikować. Równie trudno mi, chociaż staram się o to, zbudować własny, spójny obraz świata i koncepcję sensu przebywania w nim. Na razie ciągle trenuję w AZS UMCS i nie planuję zmiany barw do końca wyczynowego pływania. Mam też marzenie o zdobyciu jeszcze jednego, ostatniego złotego medalu Mistrzostw Polski .

Artykuł przeczytano 1028 razy

Last modified: 28 grudnia, 2022

Registration

Zapomniałeś hasło?

Zmień język »