sobota, 06 czerwca 2020r.

Moja historia

Autor: |

Na zaproszenie Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej do drugiej edycji literackiej zabawy pt. „Moja historia” odpowiedziała 17-letnia Elżbieta. Jej praca została doceniona i nagrodzona przez konkursowe jury (nagroda w drugiej kategorii wiekowej powędrowała do 10-letniej Jagody, której pracę prezentowaliśmy kilka dni temu). Zachęcamy do lektury opowieści o tym, że w imię zasad nie zawsze znaczy zgodnie z sercem.

 

W imię zasad

Od rana w wiosce panowało poruszenie. Z ust do ust wędrowała wieść o żaglach na horyzoncie. Coś takiego zdarzało się niezwykle rzadko. Rumia bowiem, będąc zapomnianą przez świat wysepką na północy, nie różniła się niczym od wielu innych małych wysepek, których kartografowie nawet nie nanosili na mapy. Statki zawijały tu tylko, gdy ich kapitanowie skracali sobie drogę na zachód omijając Mawno. Tylko żyzne ziemie ratowały mieszkańców przed głodem.

Więc gdy statek ukazał się w całej okazałości i stanął na redzie, mieszkańcy mieli już dokładnie podliczone co i za ile gotowi są sprzedać.

Jana, cudem tylko dopchawszy się na brzeg, z zaciekawieniem popatrywała na okręt. Dawno żaden nie zatrzymał się przy Rumi, choć zwykle przypływały od zachodu nie południa.

Załoga tymczasem widocznie oceniła już swój potencjał nabywczy, bo kilku marynarzy schodziło właśnie do szalupy. Jana patrzyła jak tłum faluje, gotów w kluczowym momencie pochłonąć delegację, jak wzbiera, jak szemrze, by ostatecznie, ujrzawszy żeglarzy, struchleć. Żeglarze bowiem posiadali niejaki deficyt kończyn i zdecydowanie inne od kupców poczucie stylu. Tłum zatem zawirował i konspiracyjnym szeptem począł ustalać dalszy plan działań.

Szalupa zaś przybiła do pomostu. Na deski wyskoczył białowłosy chłopak, by odebrać i założyć cumy, widząc zaś tłum mieszkańców, tu i tam uzbrojonych w sprzęty użytku domowego, gestem nakazał towarzyszom pozostać w łodzi. Z tłumu wyłonił się przywódca osady, gotów jasno wyłożyć uzgodnione pobieżnie racje, zaczynając od klasycznego: „Kim jesteście i czego chcecie?”.

Jana wywróciła oczami. Przecież wszyscy doskonale wiedzieli z kim mają do czynienia. Zauważyła poruszenie w szalupie, to dwaj ogromni brodacze poczęli niekontrolowanie rechotać. Po wodzie poniósł się bardzo cichy i bardzo konspiracyjny szept: „Właśnie, kapitanie, kim jesteśmy? I czego chcemy?”. Chłopak odwrócił się w stronę niepokornych kamratów i zmroził ich spojrzeniem. Panowie więc starali się nie rechotać za głośno, podczas gdy reszta szalupy chichotała w kułak.

-Potrzebujemy pomocy -młodzieniec zgrabnie przemilczał kwestię swojej tożsamości. -Wczoraj złapał nas sztorm. Mamy pękniętą fokstengę i przeciek w kabelgacie…

-Nie udzielimy wam pomocy, póki nie dowiemy się, kim jesteście -kategorycznie przerwał mu przywódca.

-Bo sami oczywiście nie domyśliliście się jeszcze, co? Jestem kapitanem Krwawego Księcia, Art Lonestar do usług -młodzieniec zgiął się w parodii ukłonu. -A to moja wesoła załoga. Czy teraz użyczycie nam materiałów na naprawę? Zatkamy przeciek, wzmocnimy maszt i już nas nie ma. Zapłacimy ile trzeba.

Tłum cofnął się nieznacznie, kiedy wesoła załoga radośnie pomachała z łódki. Jana tymczasem próbowała się nie pogubić. Ten chłopak na oko w jej wieku był kapitanem. Na dodatek piratów. Konkretniej tych, którzy od paru lat grasowali po okolicznych wodach.

Widocznie nie tylko ona była zaskoczona tymi rewelacjami, bo starszyzna, ponownie zbiwszy się grupkę, ponownie prowadziła zażartą nad koniunkcją planet i materią wszechświata, próbując podjąć jakąś decyzję. Do debaty włączali się kolejni mieszkańcy ani trochę nie ułatwiając im zadania.

Jana obserwowała jak piratom rzedną miny, gdy wszyscy zgodnie posłali ich daleko i na długo. Nie żeby się tego nie spodziewali.

-Jesteście pewni, że nie możemy im pomóc? -spytała przywódcy. -Przecież powiedzieli, że zapłacą.

-To kwestia zasad -padła chóralna odpowiedź.

-Jakich zasad?! -z szalupy na pomost próbował wydostać się marynarz. -„Dla tonących nie ma pomocy”?!

-Piratom i innej hołocie pomocy nieść się nie godzi -odparł z godnością przywódca.

Pirat chciał jeszcze coś dodać od serca, ale kapitan go powstrzymał.

-To nic. Na grocie jakoś dopłyniemy na Archipelag, a dziurę można zatkać fokbombramslem i tak na razie z niego nie skorzystamy. Daj spokój, Theo. Szkoda na nich czasu…

Piraci wrócili na okręt, podnieśli kotwicę, postawili nieliczne, ocalałe żagle i odpłynęli z wiatrem.

Tego dnia Jana zrozumiała, że w imię zasad nie zawsze znaczy zgodnie z sercem.

 

Ela D.

 

Artykuł przeczytano 142 razy

Last modified: 11 maja, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?