poniedziałek, 27 kwietnia 2026r.

Kariera przerwana tragedią

Autor: |

W pierwszej połowie lat 70., żeby zdobyć jako takie miejsce na widowni trzeba było przyjść na siatkarski mecz Avii co najmniej dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania. Rzeczywiście zapobiegało to w dużym stopniu konieczności wspinania się do uchylonych okien hali po piorunochronie. Ale czas oczekiwania nie był czasem straconym, ponieważ rozgrzewki rozgrzewały również widownię. Ich głównym aktorem był Henryk Siennicki. Chłopak, który mógł odkręcać żarówki bez wchodzenie na stołek. Oprócz wzrostu miał jeszcze niesamowitą parę w rękach. Ćwicząc na rozgrzewce ataki potrafił przybić gwoździa w drugi metr boiska, a odbita od parkietu piłka uderzała jeszcze w sufit. A hala Avii nie była najniższa w Polsce. Henryk Siennicki trafił do Avii z MKS-AZS Lublin, który był przez lata naturalnym zapleczem świdnickiego klubu. Swoją karierę zaczynał w nim również Tomasz Wójtowicz. Obaj uczyli się w Zespole Szkół Budowlanych. Można powiedzieć, że w AZS Siennicki przeżył największy siatkarski sukces, ponieważ jako 20-latek został powołany do kadry narodowej juniorów, z którą zdobył srebrny medal mistrzostw Europy w Barcelonie.

– Henio był bardzo przydatny w zespole. Miał bardzo silny atak. Posługiwał się nim najskuteczniej ze skrzydeł. Nie był może tak wszechstronny jak Tomek Wójtowicz, ale potrafił puścić serię mocnych piłek, które rozbijały przeciwnika. Bywał nie do zatrzymania. Czasem ten silny atak obracał się przeciwko niemu, ponieważ gdy trafił w dobrze ustawiony, ściągający piłkę w dół blok, dostawał ją pod nogi. Jego przewagą nad nami wszystkimi było 201 cm wzrostu. Był jednym z najwyższych siatkarzy w Polsce. Najwyższym był wtedy Robert Malinowski z Legii Warszawa, który mierzył 212 cm. Henio był chłopakiem walecznym, oddającym serce na boisku, walnie przyczyniającym się do meczowych sukcesów drużyny. W zrobieniu dużo większej kariery przeszkodziła mu poważna wada wzroku. Zdarzało się, że w czasie meczu spadały mu okulary, chociaż miał je przymocowane gumką do głowy. Myślę, że gdyby z jego wzrokiem było wszystko w porządku miałby duże szanse na znalezienie się w seniorskiej reprezentacji Polski. Prywatnie był bardzo oddany i koleżeński. Chociaż trudno było o nim powiedzieć, że był duszą towarzystwa, to dobrą duszą był na pewno. Miał dynamit w ręku, który czasem sprawiał kłopoty, bo po rozgrzewkowym trafieniu w lampę trzeba ją było wymieniać, co mocno denerwowało sędziów i przedstawicieli PZPS.

Niestety, 7 listopada 1976 roku, drodze powrotnej z ligowego meczu w Sosnowcu z Płomieniem Milowice auto, którym podróżowała część zespołu uległo wypadkowi na Górkach Sławinkowskich, na kilka kilometrów przed domem. Henryk Siennicki i Zdzisław Pyc ponieśli śmierć na miejscu. Tadeusz Skaliński odniósł ciężkie obrażenia i nie wrócił już na siatkarski parkiet. Avia, która miała wtedy apetyt nawet na mistrzostwo Polski, nigdy nie wróciła już do swojej największej potęgi. 

Artykuł przeczytano 1811 razy

Last modified: 5 lipca, 2022

Zmień język »
Przejdź do treści