sobota, 24 lutego 2024r.

Malarska wędrówka po światach wyobraźni

Autor: |

Mariusz Kiryła tworzy w Świdniku od 25 lat. Przyjaciele i miłośnicy jego talentu zauważyli ten jubileusz. Nie wszyscy jednak wiedzą, że artystyczna droga autora mozaiki na bryle kościoła pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła jest znacznie dłuższa.

– Tak naprawdę działalność twórczą rozpocząłem 40 lat temu, od momentu ukończenia liceum plastycznego przy ul. Grodzkiej w Lublinie.

– Czyli właściwie od dziecka przeczuwałeś w sobie talent…

– Kiedy rozmawiam z kolegami z dawnych lat, wszyscy mówią, że uczyli się ode mnie. Twierdzą, że już w liceum malowałem obrazy odważne.

– To była odwaga kreski, koloru?

– Chyba jedno i drugie. W twórczości artystycznej istnieje coś takiego, jak nawiązywanie kontaktu z materią, tworzywem, w którym się pracuje. Nie wystarczało mi to, co mieliśmy na zajęciach w liceum. W domu robiłem zupełnie inne rzeczy w, wymyślonych albo przypadkowo trafionych materiach. Mieszanie technik pozostało we mnie do dzisiaj. Malarstwo z grafiką, grafika z suchym rysunkiem…

– Co zostawiłeś po sobie w trakcie tych pierwszych, piętnastu lat?

– To był czas ciągłych poszukiwań. Działałem na własne konto. Żyłem z pracy w zakładach metalurgicznych jako malarz budowlany. Śmiałem się, że robię zaprawę przed malowaniem dużych formatów. Przełom  lat 80. i 90. to najważniejszy okres w moim dorosłym życiu. Trzy lata przewartościowań, przełamania się, rozpoczynania wszystkiego na nowo. Dotyczyło to również mojej sztuki. Wtedy też miałem pierwsze wystawy, indywidualne i zbiorowe, na przykład w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.

– Co ściągnęło Cię do Świdnika?

– Mieszkałem z rodzicami w Lublinie, na Czechowie. Miałem książeczkę, na która moja mama całe życie składała pieniądze. Ten system „czekania” nazywano wojewódzką zamrażarką. Książeczka była, a mieszkania nie było. W końcu postanowiłem, że w ciągu roku muszę znaleźć jakiś lokal. Spółdzielnie w Lublinie obiecywały, że może za 5, 6 lat. W końcu spacerowałem po mieście rozmyślając nad przyszłością, aż dotarłem do Świdnika. Skończyli właśnie budynek przy ul. Spadochroniarzy. Ktoś zrezygnował z mieszkania i zostałem jego szczęśliwym właścicielem. Była wiosna 1995 roku.

– Plastyka to nie tylko malarstwo. Jest rysunek, jest rzeźba. Rozumiem, że w malarstwie jednak czujesz się najlepiej.

– Przyznam, że dosyć długo chodziłem do liceum pogłębiając wykształcenie. Jednak po 7 latach pedagogom udało się mnie z niego wypchnąć, chociaż nigdzie się nie wybierałem. Szkoła przenosiła się na ul. Plażową…

– …i pewnie trzeba było zrobić porządek ze starymi gratami, w tym wiecznymi uczniami… wróćmy do Twoich ulubionych technik.

– Olej i różne mieszanki akrylowe, które przygotowuję sobie sam. Malarstwo akrylowe jest bardzo szybkie, ponieważ krótki jest okres wysychania farby. Olej, technika żywiczna potrzebuje więcej czasu i cierpliwości. Na szczęście mi jej nie brakuje. Technikę olejną wykorzystuje zwykle do tworzenia obrazów sakralnych, portretów, a tutaj pośpiech nie jest wskazany. Nie da się dobrze namalować ciała ludzkiego na jednej sesji, jak to mówią „z łapy”.

– Ulubieni artyści z przeszłości to…

– Przede wszystkim impresjonizm, którym zafascynowany byłem od najmłodszych lat. Dużo później, kiedy zacząłem jeździć po europejskich, głównie paryskich muzeach i prywatnych galeriach, poznałem właściwie całe malarstwo świata. Teraz największe wrażenie robią na mnie tak zwani wielcy mistrzowie malarstwa, na przykład gotyku. Poznawanie ich dzieł wzbogaca mój warsztat, głównie w malarstwie olejnym, portretach i obrazach przedstawieniowych. Żeby namalować oko czy dłoń, warto podejrzeć jakiegoś mistrza. Moderniści negują często wartość sztuki, która powstawała w ciągu wieków. Uważają, że prawdziwa sztuka narodziła się razem nimi. Jak dla mnie, w trakcie pracy zatrzymują się na takim etapie, od którego mistrzowie dopiero zaczynali.

– Od dwudziestu pięciu lat ściśle współpracujesz z parafią pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła. Czy trzyletni okres przewartościowań, o którym wspomniałeś, był również czasem powrotu do Boga?

– Mówią, że wiara rodzi się w człowieku z pokornego słuchania. W czasach młodości nie byłem pokornym słuchaczem. W pewnym momencie nastąpił całkowity zwrot. Myślę, że mogę go nazwać narodzeniem na nowo.

– Z której swojej pracy jesteś najbardziej dumny?

– Najbardziej jestem dumny z tego, że wychowałem kilku młodych ludzi, którzy zajęli się sztuką na poważnie. Dla mnie jest to ważniejsze niż obrazy. Jeśli ktoś jest świadomym twórcą, będzie się budził mając przed oczami obrazy jeszcze nie namalowane i będzie nad nimi pracował. To codzienność. Niecodziennością jest, kiedy wychowujesz młodych, którzy chcą ciebie słuchać. Tak jak ja nie słuchałem nauczycieli, bo żyłem w swoich przestrzeniach i światach czując, że zostanę wielkim artystą. Tak się nie stało i dobrze. Tymczasem pojawiają się ludzie, którzy chcieli słuchać, podjęli naukę w liceum plastycznym, potem poszli na studia. Najmłodszy jest na trzecim roku studiów w Toruniu. Prowadziłem go od gimnazjum i chyba odziedziczył coś po mnie, bo też miesza techniki.

– Twoja mozaika na bryle kościoła to przygoda czy coś więcej?

– W sensie materii przygoda i nowe doświadczenie. Zbiegły się dwa światy: malarstwa i rzemiosła, w dodatku bardzo topornego, bo operującego w twardym, mało plastycznym materiale. Kocham materię, ale nie jestem materialistą. Różnica niby niewielka, jednak wielka. Materia jest martwa, nie ma duszy. Nabywa jej, kiedy trafia w ręce dobrego rzemieślnika bądź artysty, bo sztuka jest wtedy, kiedy przedmiot, pod wpływem twórcy, zmienia swoje znaczenie.

-Podjąłbyś się drugi raz podobnego zadania?

– Nie lubię pracować bez środków ochrony: rękawice, maska… tu było to niemożliwe. Półcentymetrowych szczegółów nie da się przyciąć w rękawicach.

– Jaki jest następny twórczy cel?

– Oddałem ikonę Świętej Rodziny, kończę obraz ojca Pio dla kościoła, aż za Poznaniem. Postanowiłem dokonać pewnych podsumowań, skatalogować swoje prace, zrobić remanent. Przypominam sobie co rozpocząłem i nie dokończyłem, bo przeskoczyłem do innego świata. Spróbuję je dokończyć, tak by przy końcu drogi nie było niedosytu… Niezależnie od czasu pochodzenia danej pracy będzie to ten sam Kiryła, chociaż może skupiony już na czymś innym. Wezmę się za dużą monotypię, czyli skojarzenie farby drukarskiej i rysunku. Namieszałem sporo farby, która leży w słoikach i zasycha. Moja dewiza mówi, że farba służy do malowania, a nie wysychania na paletach. Najlepsze pędzle z kolei to stare, zakrzywione wycieruchy, które zdążyły doskonale dopasować się do dłoni.

– Da się związać koniec z końcem żyjąc z malarstwa?

– Tak, ale nie ciągnie mnie do wyjazdu do Kazimierza i produkowania widoczków. Owszem, maluję pejzaże, jednak odchodzą od traktowania ich naturalistycznie. Uważam, że kolorem i dynamiką można wyrazić więcej niż pocztówkowym obrazkiem. Z drugiej strony wolę namalować obraz sakralny, jakąś postać z historii Kościoła, malować go długo, solidnie przepracować, niż mechanicznie stawiać plamki na płótnie tworząc słonko, niebo, chmurki. Poznałem paru kolegów na paryskim Montmartre, którzy siedzą tam od trzydziestu lat. Szpachla, łopatka, tu chmurka, tu uliczna, jakiś ukosik. Dwadzieścia minut i widoczek gotowy. To też zarabianie na życie, ale ja wybrałem inną drogę. I chociaż uprawiam malarstwo od czterdziestu lat, nie nudzi mi się ono, wręcz przeciwnie, coraz bardziej smakuje.

Artykuł przeczytano 2033 razy

Last modified: 10 lipca, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?

Zmień język »