środa, 19 czerwca 2024r.

Zawsze chciałam być malarką

Autor: |

Talent, pasja i ciężka praca, tak w skrócie można opisać Renatę Szurygę, malarkę ze Świdnika i opiekunkę grupy plastycznej „Pod Błękitną Paletą”, działającej przy Miejskim Ośrodku Kultury. W ubiegłym roku świdniczanka obchodziła dwudziestolecie pracy twórczej, a w tym świętuje jubileusz grupy.

– Kiedy zaczęłaś malować?
– Dzieciństwo spędziłam na wsi, u babci. Lubiłam włóczyć się po drogach, rysować patykiem po mokrym od wody piasku. Od tego właśnie się zaczęło. Wiedziałam, że zostanę malarką, rysowniczką albo grafikiem. Odkąd dowiedziałam się, że istnieją szkoły plastyczne, marzyłam, żeby być ich częścią.

– Początkowo uczyłaś się w Zespole Szkół Plastycznych w Lublinie, znanym z tworzenia nietypowych klas.
– Tam była specyficzna klasyfikacja. Pamiętam, że pierwszego dnia usiedliśmy wszyscy w auli. Było nas chyba 30 albo więcej. Do każdego podchodził profesor i sprawdzał ręce. Jeśli ktoś, tak jak ja, miał delikatne dłonie, kwalifikował się do klasy wystawienniczej, gdzie pracuje się z farbami, przygotowuje dekoracje, rzeczy związane z malarstwem i grafiką. Natomiast tych, których ręce były większe, „toporne”, przypisywano do klasy snycerskiej, zajmującej się rzeźbą i cięższymi pracami. Oczywiście, brano też pod uwagę nasze zainteresowania, ale głównym wyznacznikiem były dłonie.

– Trafiłaś tam, gdzie chciałaś.
– Tak, miałam świetnego wychowawcę, Ryszarda Palucha. Wspaniale się nami opiekował i miał bardzo dobry kontakt z młodzieżą. Dzięki niemu przebrnęłam liceum, chociaż nie byłam dobra z przedmiotów ścisłych i w związku z tym miałam kłopoty z nauką. Na trzecim roku musieliśmy zdecydować, jaką chcemy zrobić specjalizację. Ja wybrałam malarstwo.

– Jak wyglądały zajęcia?
– Mieliśmy narzucone różne tematy, na przykład zaprojektowanie pudełka na lody. Pamiętam dokładnie, bo profesor szczególnie mnie o to męczył. Lód miał być realistycznie namalowany, bardzo drogimi farbami. Poświęciłam temu wiele godzin pracy w szkole i w domu, ponieważ niemożliwe było zrobienie kilkunastu projektów na kilku godzinach lekcyjnych. Jeśli chodzi o malarstwo, przeważnie mieliśmy ustawione martwe natury lub postać. W zależności od tego, czy był opłacony model, mogliśmy pozwolić sobie na rysowanie nagiego ciała. Wtedy u niektórych pojawiło się portretowe zacięcie. W mnie akurat nie, wolę malować pejzaże.

– Dlaczego?
– Myślę, że to wynika z faktu, że wychowałam się na wsi, wśród pól i łąk. Później zostałam zabrana do szkoły w mieście. Do tej pory jest ono dla mnie czymś strasznym. Kiedy tylko mam okazję, uciekam w cieplejsze miejsca, bardziej roślinne, wiejskie. Ta tęsknota za przyrodą i naturą ujawnia się teraz w moich obrazach.

– Kto jest Twoim najważniejszym recenzentem?
– Ja sama. Jestem dla siebie bardzo surowa. Kiedyś, podczas pleneru, ktoś mi zarzucił, że dużo pracuję. Są osoby, które w takich miejscach malują dwa, trzy obrazy, a ja zwykle kilkanaście. Zapytał też, czy chcę wszystkich wyprzedzić. Wytłumaczyłam, że ponieważ nie mam możliwości intensywnej pracy w domu, wykorzystuję wyjazdy, żeby się podszkolić. Może dzięki temu zaskoczy mnie coś nowego, co zastosuję w obrazach? Gdy pracuję, nie zwracam uwagi na żadne dodatkowe atrakcje organizowane podczas plenerów. Kiedy widzę obraz, który nie jest skończony albo mi się nie podoba, pracuję nad nim dotąd, aż będę zadowolona. Gdy czegoś nie widzę lub mi nie wychodzi, radzę się kolegów.

– Kogo wskazałabyś jako swój autorytet? Kto najbardziej na Ciebie wpłynął?
– Podczas studiów zajęcia prowadzili różni artyści. Zbigniew Woźniak był jednym z moich ulubionych. Bardzo mi pomógł. Pamiętam, że długo nie mogłam zrozumieć, gdy mówił „Renia, mieszaj farby.” Nie mogłam tego pojąć, a jemu chodziło o to, że niedokładnie łączę farby i gdy maluję, zostają smugi innego koloru, tak zwane brudy. Technicznie malowałam poprawnie, tylko ten kolor ciągle wychodził mi nie taki, jak należy. Dzięki niemu zrozumiałam dlaczego i od tamtej pory maluję kolorami złamanymi, idealnie wymieszanymi. Drugą osobą, która pokazała mi, że sztuka może być bajką, był pan Wojciechowski, autor niesamowitych obrazów. Swoimi pracami opowiada malarskie bajki. Posługuje się techniką wodną, chyba akwarelą połączoną z piórkiem. Stąd też moje zamiłowanie do akwareli. Obaj mieli na mnie ogromny wpływ. Dali mi swobodę wyrazu, której potrzebowałam. Jestem człowiekiem, który nie lubi, by coś mu narzucano. Myślę, że gdyby tak postępowali, przyniosłoby to odwrotne skutki. Pewnie opuszczałabym zajęcia.
Agata Flisiak

Artykuł przeczytano 4100 razy

Last modified: 23 października, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?

Zmień język »
Skip to content