sobota, 06 czerwca 2020r.

Bez reszty oddani pacjentom

Autor: |

Dzisiaj przypada Światowy Dzień Służby Zdrowia oraz Światowy Dzień Pracowników Służby Zdrowia. Z tej okazji dziękujemy tym, którzy codziennie, na pierwszej linii frontu, walczą z koronawirusem i narażając swoje zdrowie, ratują życie wielu ludzi. Jesteśmy wdzięczni za ten trud. Życzymy Wam dużo sił i wytrwałości!

Przypominamy również tych, którzy od pierwszych lat funkcjonowania naszego miasta troszczyli się o zdrowie mieszkańców. Pamięć o nich nadal pozostaje w sercach wielu świdniczan, wdzięcznych za uratowanie zdrowia lub życia.

 

„W pierwszym półroczu 1950 roku przyjechali do Świdnika ludzie z Mostostalu, w liczbie około 300 osób. W zorganizowanej już wówczas placówce służby zdrowia pracowali: Władysław Liwiak,  Kazimiera Błazik  i Zofia Szymczyk. Miejscem pracy był mały pokoik w baraku przy magazynie, skromnie wyposażony: drewniana kozetka, stół, cztery krzesła, kilka skrzynek, środki opatrunkowe, tabletki i krople przeciwbólowe. Z jednej strony baraku była stajnia, a z drugiej doły na śmieci i ubikacja. Wśród brudu i krwi rodzimy się – mawiali starożytni rzymianie. To był początek służby zdrowia w Świdniku”.

Tak rozpoczynają się wspomnienia znanego i cenionego świdnickiego lekarza Mariana Dobrowolskiego, które spisał w 1961 roku, z okazji 10-lecia powstania służby zdrowia w Świdniku. Jego życiorys obfitował w niezwykle ciekawe, chociaż i tragiczne wydarzenia. Marian Dobrowolski urodził się 6 września 1916 roku, w Lublinie. Studiował medycynę w Uniwersytecie Warszawskim, ukończył też Szkołę Podchorążych Sanitarnych. Po wybuchu wojny otrzymał przydział służbowy do I Batalionu Sanitarnego w stolicy. Został dowódcą punktu opatrunkowego przy Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych. Rok później rozpoczął pracę w szpitalu w Jaszczowie. W 1941 roku wstąpił do Związku Walki Zbrojnej w Łańcuchowie. Współpracował z okolicznymi oddziałami Batalionów Chłopskich. Udzielał pomocy medycznej żołnierzom zbiegłym z niemieckiej niewoli, którzy ukrywali się w lesie w okolicach Mełgwi. Wyjeżdżał też do leśnych oddziałów Armii Krajowej. W szpitalu w Bełżycach, gdzie przeniósł się w 1943 roku, leczył rannych partyzantów. Jako lekarz i żołnierz AK brał udział w Powstaniu Warszawskim.

– Pracował w szpitalu polowym, który mieścił się w fabryce Nasierowskiego, przy ul. Kaliskiej – opowiada Katarzyna Antoszewska, wnuczka Mariana Dobrowolskiego. – Po upadku powstania  trafił do obozu Dulag 121 (Durchgangslager 121) w Pruszkowie. Tam poznał przyszłą żonę, Jadwigę Kiełbasińską, akuszerkę z Milanówka.  Bardzo dobrze znała język niemiecki, w obozie była kierowniczką polskiego personelu medycznego. Pomimo choroby, dziadek miał zostać wysłany na roboty do Niemiec. Babci udało się wywieźć go do Milanówka, gdzie w jednej z willi zorganizowała szpital. Tak zaczął się ich związek. Dzięki jej wstawiennictwu,  z obozu w Pruszkowie zostało uratowanych wiele osób, między innymi księży, profesorów i nauczycieli. W szpitalu ukrywała też powstańców.

Po wojnie Marian Dobrowolski pracował najpierw w Ubezpieczalni Społecznej w Żyrardowie, potem przez kilka lat był dyrektorem szpitala w Jaszczowie. Działał w Polskim Czerwonym Krzyżu, za co otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Do Świdnika przyjechał w 1955 roku. Tworzył tu stację pogotowia ratunkowego, którego przez pewien czas był kierownikiem. Leczył także kombatantów – żołnierzy Armii Krajowej, prowadził poradnię higieny pracy, uruchomił poradnię sportowo-lekarską FKS Avia.

– Dziadek bardzo kochał swoją pracę i praktycznie do końca życia, nawet na emeryturze, leczył innych, często społecznie – mówi K. Antoszewska. – Nikomu nie odmówił pomocy, zawsze był uśmiechnięty, życzliwy i oddany pacjentom.  Mieszkałam z rodzicami daleko od Świdnika.  Kiedy przyjeżdżał z babcią na wakacje, zabierał nas na lody, a wracając kupował kwiaty dla mnie, mojej mamy i swojej żony. Był człowiekiem starej daty, szarmanckim i szanującym kobiety. Bardzo lubił muzykę i sport. Grał na harmonijce i akordeonie, jeździł na nartach. Uwielbiał też zwiedzać nowe miejsca. Jego słabością były słodycze. Mimo wielu obowiązków zawodowych i licznej rodziny – mieli z babcią pięcioro dzieci i była jeszcze piątka z jej pierwszego małżeństwa, znajdował czas by się z nami spotkać, porozmawiać czy napisać list.

Posiadał trzy specjalizacje: chorób wewnętrznych, medycyny ogólnej i przemysłowe. Za całokształt pracy zawodowej i działalności społecznej Marian Dobrowolski otrzymał wiele odznaczeń państwowych, między innymi Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, medal za udział w wojnie  obronnej 1939 roku. Zmarł w grudniu 1999 roku, w wieku 83 lat. Na cmentarzu w Kazimierzówce, gdzie został pochowany, żegnali go, licznie zgromadzeni dawni współpracownicy, przyjaciele, koledzy z Armii Krajowej, delegacje i poczty sztandarowe szkół oraz instytucji, mieszkańcy miasta – wdzięczni pacjenci, którzy zapamiętali go jako życzliwego, zawsze uśmiechniętego i oddanego ludziom lekarza. Celebrujący mszę świętą ksiądz, podkreślał, że „Marian Dobrowolski jest jedną z najbardziej zasłużonych postaci naszego miasta i jesteśmy wdzięczni Bogu za dar Jego życia”.

„Dalszy rozwój następuje szybko. W listopadzie 1952 roku powstaje przychodnia w bloku nr 29, a półtora roku potem piękna nowa przychodnia w bloku nr 18. Szybko budują się i rozwijają zakład i miasto. Rosną również kadry sanitariatu. Są już wówczas i pracują: Władysław Liwiak – sanitariusz, Kazimiera Błazik – pielęgniarka, Bolesław Domański – stomatolog, Józef Mańko – chirurg, Zofia Szymczyk, Otto Szczerbik – internista, Wiktoria Patynowska – pomoc pielęgniarska, Maria Piasecka – pielęgniarka, Krystyna Jędrzejczak  – stomatolog, Irena Wojtyła – stomatolog. Ludzie ci byli pionierami ochrony zdrowia. Im przede wszystkim z wdzięcznością ściskamy dziś uznojone dłonie”.

– Kiedy zobaczyłam Świdnik po raz pierwszy, pomyślałam tylko: O mój Boże, co ja tutaj robię?! – wspominała Irena Wojtyła-Szczerbakiewicz (pani Irena zmarła w wieku 89 lat, w styczniu 2019 roku – przyp. red.), która przyjechała do pracy w naszym mieście w 1953 roku, z Warszawy. – Na ulicach było pełno błota, wszyscy chodzili w gumiakach. Za pocztą znajdowało się gospodarstwo, z chałupiną krytą słomą. W kałużach taplały się świnie,  kury. Na początku pracowaliśmy w bloku przy Niepodległości. Gabinety zajmowały cały parter. Stomatologia miała tylko jeden fotel, więc żeby przyjąć wszystkich pacjentów, konieczne były trzy zmiany. Niestety, mało kto dbał wtedy o zęby, brakowało też dobrych środków do ich pielęgnacji. W większości przypadków trzeba je było usuwać. Sprzęt nie był najwyższej jakości, ale już materiał, na przykład francuską lub angielską porcelanę, mieliśmy bardzo dobry. Dużo rzeczy finansowała WSK. Składaliśmy zapotrzebowanie i nigdy nam nie odmawiali. W tamtych czasach pracowaliśmy tylko po 5 godzin dziennie. Świdnickie środowisko medyczne było ze sobą bardzo zżyte. Spotykaliśmy się po pracy, często wyjeżdżaliśmy razem na wczasy czy wycieczki. Kiedy otworzyli kawiarnię „Ja i ty”, chętnie tam chodziliśmy. Zarobki były wprawdzie niewielkie, ale potrafiliśmy się cieszyć życiem i tym, co mamy. Pamiętam, że byłam w siódmym niebie, kiedy dostałam talon na czeskie radio „Tesla”. Przyjmowałam też w domu, na zwykłym krześle z dokupionym zagłówkiem, bo na profesjonalny fotel nie było mnie stać.  Dwa razy w tygodniu jeździłam do szkoły do Krępca. Woził mnie furmanką pan Fijałkowski. Najgorzej było podczas wiosennych roztopów i jesienią.  Zawsze się martwiłam, że wóz się przewróci i wpadniemy w błoto. Dzieci szły do szkoły nieraz kilka kilometrów. Zdejmowały na schodach gumiaki, wylewały z nich wodę, a potem siedziały  w klasie w samych rajstopkach czy skarpetkach. Miałam tam do dyspozycji gabinet, krzesło z podpórką, kilka narzędzi. Niewiele osób zostało z tamtych lat, ale do tej pory się przyjaźnimy – Maria Nosarzewska, ordynator oddziału dziecięcego, Alicja Burzyńska, laryngolog, Teresa Pawelcowa, stomatolog. Rozmawiamy, pijemy kawę, gramy w brydża. Dzięki temu nie czujemy tych swoich lat. Szkoda tylko, że tak wielu z nas już odeszło.

„W grudniu 1954 roku kierownikiem służby zdrowia w Świdniku został Józef Jarzyna. Przez 8 lat wytężonej pracy był inicjatorem, duszą i motorem dalszego rozwoju lecznictwa i profilaktyki na terenie naszego miasta. W okresie tym zostały zorganizowane: dyspenser przeciwgruźliczy, zakład rentgenowski, stacja pogotowia ratunkowego, gabinety higieny szkolnej, zakład leczniczo-zapobiegawczy WSK, szpital rejonowy. Z Józefem Jarzyną współpracują i dzielnie mu sekundują: Anna Tiuchtej – przełożona pielęgniarka, Jan Skiba – kierownik administracyjny, Klaudiusz Górniewski – intendent, Barbara Rudzińska – sekretarka, Józef Stępień – pracownik fizyczny.”

Poradnię  oraz oddział przeciwgruźliczy otworzono w maju 1955 roku. Początkowo miał 25 łóżek, później rozrósł się do 40. Z Józefem Jarzyną współpracowała lekarka Halina Soroka-Kamola, oddziałowa Danuta Jonkisz i pielęgniarka Łucja Pałysz. Marian Dobrowolski w swoich wspomnieniach podkreślał, że „ludzie pracujący w fartuchach przeciwgruźliczych, ze znakiem podwójnego krzyża, mają podwójne serca, a doktor Jarzyna bardzo się przysłużył naszemu  miastu”. Współorganizował stację pogotowia ratunkowego, która była bardzo potrzebna, bo wypełniała lukę między przychodnią a szpitalem. Zmarł w listopadzie 2009 roku.

Ponieważ szybko przybywało mieszkańców i dotychczasowa przychodnia nie była w stanie przyjąć wszystkich pacjentów, przeniesiono ją do hotelu robotniczego, przy ówczesnej ul. Kasprzaka (dziś tzw. „stary” szpital, przy ul. Leśmiana). Na dole mieściła się przychodnia, a I piętro zajmowali robotnicy z WSK. Na II piętrze mieścił się dyspenser, czyli izolatka, w której przebywali czasowo niezdolni do pracy robotnicy.

– Miałam gabinet na parterze i pamiętam, że zawsze przy oknie stało mnóstwo dzieci – opowiadała Irena Wojtyła-Szczerbakiewicz. – Później w budynku utworzono szpital, a przychodnię przeniesiono do nowych pomieszczeń przy ul. Niepodległości, gdzie potem  mieściła się komenda policji.  W 1967 roku oddano do użytku przychodnię miejską. Do 1990 roku jej kierownikiem był Bolesław Domański. Na pierwszym piętrze mieliśmy jedno duże pomieszczenie, w którym stały dwa fotele dentystyczne, a  obok znajdował się jeszcze mały gabinecik z jednym fotelem. Pracowaliśmy wtedy we trójkę. Ja do emerytury, na którą odeszłam w 1990 roku.

„W 1954 roku rozpoczęła pracę pediatra Janina Gwozdowska. Prowadziła Poradnię Dziecka Chorego i Dziecka Zdrowego. Wielka jest ilość dzieci młodego miasta, wiele ich potrzeb. Rodzice nie zawsze byli dostatecznie uświadomieni. Poziom higieny był niski. Swoją codzienną, systematyczną i cierpliwą pracą  Janina Gwozdowska leczy i wychowuje, przełamuje opory i przesądy, wpaja i stosuje higienę dnia codziennego”.

Praca Janiny Gwozdowskiej nie ograniczała się tylko do poradni, która jak na owe czasy była bardzo nowoczesna. Dzieci chore przyjmowano na górze, dzieci zdrowe zaś na parterze, z oddzielnym wejściem, by nie miały ze sobą kontaktu. Bardzo dbano o czystość i higienę. Sekcją szczepień ochronnych zajmowała się tam  pielęgniarka Hanna Szadowska, zawsze pogodna, uśmiechnięta i życzliwa dla zatroskanych mam. Doktor Janina Gwozdowska pracowała też w żłobku, przedszkolach, była radną w Miejskiej Rady Narodowej, działała w związkach zawodowych. To u niej w domu zaczęła się tradycja wspólnego kolędowania ludzi służby zdrowia. Zasiadała do fortepianu, śpiewała pieśni o Narodzeniu Pańskim, ale też opowiadała ciekawe historie ze swojego życia, na przykład o spotkaniu z Józefem Piłsudskim. Była wielką patriotką, trzymała w woreczku ziemię przywiezioną z wileńskiego cmentarza.

– Studia skończyła jeszcze przed wojną, w Wilnie – wspomina Maria Nosarzewska, lekarz pediatra, która pracę w Świdniku rozpoczęła w 1966 roku. – Pamiętam jej dyplom lekarski, ale nie taki książkowy, jaki ja już dostałam. To był duży karton, zwinięty w rulon, przewiązany wstążką. Janina Gwozdowska była starszą, bardzo kulturalną, sympatyczną panią. Kochała dzieci. Zajmowała się nimi z sercem, one też ją lubiły. Cieszyła się bardzo dobrą opinią wśród rodziców oraz kolegów i koleżanek z pracy, bo była obowiązkowym lekarzem, oddanym małym pacjentom. Spotykałyśmy się na opłatku i przed świętami Wielkiej Nocy.

Maria Nosarzewska z sentymentem wraca pamięcią  do lat spędzonych w świdnickiej służbie zdrowia: – 1 października 1966 roku otwarto oddział dziecięcy, w budynku nad obecną pocztą. To było dobre lokum, w centrum młodego miasta. Duży długi korytarz, małe sale, w których łącznie mieściło się 30 łóżek. Mieliśmy mało sprzętu, więc w najcięższych przypadkach wspomagali nas lekarze z Lublina. Gorzej było z dyżurami, bo wtedy jeszcze niewielu lekarzy pracowało. Mieliśmy nocne dyżury na oddziale dziecięcym, ale często trzeba też było iść na internę, gruźlicę, oddział noworodkowy, które były rozlokowane w całym mieście. Rodziło się dużo dzieci, było też więcej chorób. Teraz są szczepionki, które im  zapobiegają. Wtedy częstymi chorobami był dyfteryt, szkarlatyna. Zawsze szkoda mi było dzieci, które zostawały w szpitalu. Rodzice mogli je odwiedzać tylko w określonych godzinach. Maluszki często płakały, tęskniły za mamą i tatą. Czasami więc, wbrew zakazowi, przemycaliśmy rodziców, by dziecko mogło się choć na chwilę przytulić.  Personel oddziału zawsze bardzo się starał, by mali pacjenci jak najmniej odczuwali pobyt w szpitalu. Gdy tylko była chwila czasu, bawiliśmy się z dziećmi, czytaliśmy im bajki na dobranoc. Chcieliśmy, by chociaż bez rodziców, czuli się jak w domu. W służbie zdrowia przepracowałam 50 lat, większość w Świdniku. Nie żałuję, że spędziłam tu prawie całe życie. Zawsze będę wspominała ludzi, z którymi los mnie tutaj zetknął.

 „Jednym z pierwszych i najbardziej potrzebnych lekarzy w Świdniku był chirurg Józef Mańko. Prowadził on poradnię chirurgiczną od 1952 roku. Były okresy, że przyjmował do 100 chorych dziennie i za lekki uważał dzień, gdy ich liczba zmniejszała się do 80. Napracował się ten lekarz nie mało, załatwiając wszelkie urazy, zachorowania i wypadki przy pracy. A i poza pracą krew się lała obficie, bo budowniczowie Świdnika nie odznaczali się brakiem temperamentu. Dziś możemy stwierdzić, że wielu mieszkańców Świdnika zawdzięcza zdrowie, a czasem i życie panu doktorowi Mańko.”

Urodził się 2 czerwca 1926 roku w Górach Markuszowskich (powiat puławski). Szkołę średnią ukończył w okupowanym Garbowie, na tajnych kompletach. Maturę zdawał w Lublinie. Naukę łączył z walką w Batalionach Chłopskich. Nie pozwolił, by wojna zmieniła jego plany.

– Najpierw studiował w Lublinie, później wyjechał do Szczecina na Pomorską Akademię Medyczną – opowiada Krystyna Rudzka, siostra Józefa Mańko. – Dyplom obronił w 1951 roku w Lublinie. W międzyczasie urodziło mu się dziecko i musiał pójść do pracy.  Rozładowywał wagony w stoczni. Ciężko pracował, żeby utrzymać rodzinę. Na wsi wtedy też żyło się biednie, więc rodzice nie mogli mu pomóc. Zresztą, w domu mieli jeszcze trzy córki.  W 1952 roku przyjechał do Świdnika, bo tutaj potrzebowano lekarzy.

Józef Mańko zabrał się za organizowanie placówki służby zdrowia. Na początku przyjmował chorych w baraku, na terenie obecnego kortu tenisowego. Później poradnię chirurgiczną kilkakrotnie przenoszono, jednak obojętnie gdzie leczył, Józef Mańko zawsze był tak samo oddany swoim pacjentom. Bez względu na porę dnia czy nocy, nigdy nie odmówił wizyty i zazwyczaj czynił to bezinteresownie. Chorych przyjmował również w domu, przygodnie w aptece, pod kinem, gdziekolwiek ktoś poprosił go o diagnozę i pomoc. Choć był specjalistą chirurgiem, udzielał skutecznych porad i pomocy także z innych dziedzin medycyny.

– Ludzie mieli do niego ogromne zaufanie – wspomina K. Rudzka. – Nieraz ostatkiem sił zrywał się z łóżka i szedł do chorego. Gdy widział, że ktoś jest w trudnej sytuacji nie brał za wizytę pieniędzy. Kiedyś jakaś pani, która miała chore dziecko, wsunęła mu do kieszeni kilkanaście złotych. Zobaczył je po wyjściu z mieszkania. Zadzwonił więc do drzwi sąsiadów i mówi – „Proszę pani, jestem dłużny pieniądze pani sąsiadce. Proszę jej oddać”. Od nauczycieli pieniędzy w ogóle nie brał. Darzył wielkim szacunkiem tę grupę zawodową.

O Józefie Mańko mówiono „nasz lekarz”, oddając w ten sposób cały sens serdecznych stosunków, jakie łączyły go z pacjentami. Do dzisiaj bliżsi i dalsi znajomi wspominają jego bezinteresowność, udane operacje, trafne diagnozy i troskliwą opiekę.

– Lekarze zdiagnozowali u mojej mamy zapalenie nerwów, ale nie potrafili jej pomóc – mówi Marian Smalec, który nawet w dalekiej Australii, gdzie rzuciły go losy, nie zapomniał o świdnickim lekarzu. – Kiedyś szła ulicą, była bardzo osłabiona, miała gorączkę i dreszcze. Spotkała doktora Mańko. Kazał jej wejść do apteki. Zbadał na zapleczu, orzekł, że to zapalenie płuc, a potem zabrał na swój oddział do szpitala. Leżała tam przez 5 czy 6 dni, była w ciężkim stanie. Przychodził do niej nie tylko w czasie obchodu, ale także po południu i wieczorem. I wyleczył. To był wyjątkowo zdolny człowiek i wspaniały lekarz. Teraz brak takich ofiarnych ludzi.

Józef Mańko zmarł 21 maja 1970 roku, w wieku 44 lat. Pochowany jest na cmentarzu przy ul. Lipowej w Lublinie.

– Brakuje mi go – mówi K. Rudzka. – Między nami było 17 lat różnicy, często mną rządził, ale zawsze mogłam  z nim porozmawiać. Doradził, pomógł. Bardzo dbał o rodziców, chociaż byli jeszcze w sile wieku. Kiedy przyjeżdżał do domu, siedział z mamą do późna w nocy i opowiadał  o swoich radościach i kłopotach. Miał swoją pasiekę, lubił  łowić ryby, chodzić po górach, uprawiać działkę. Jego śmierć była szokiem nie tylko dla rodziny, ale i dla całej społeczności świdnickiej. Jeszcze długo ludzie mówili – „Gdyby Mańko żył, to by na pewno wyleczył”.

***

Oczywiście to tylko niektórzy z ponad 300 pracowników służby zdrowia kilku pierwszych lat istnienia naszego miasta. Nie sposób przywołać tutaj wszystkich. Marian Dobrowolski, dziękując im w swoich wspomnieniach za „trud i dobrą robotę”, wymienia jeszcze, między innymi lekarza Dąbskiego, który rozpoczął w Świdniku „tradycję dobrej i na wysokim poziomie interny”; Eugeniusza Bissiugera i Zofię Wolską, Bogumiłę Szymanowską, pracowników poradni chorób wewnętrznych, na których „spoczywał ciężar codziennej pracy poradniczej”; Marię Buchowską, Reginę Wielgomas, Annę Kubiniec, Wandę Pietroń, pielęgniarki higieny szkolnej, którym z pomocą szli Laura Majdan i felczer Jan Surma; Ludwika Piaseckiego, prowadzącego poradnię dermatologiczną; Bolesława Domańskiego, który jako jeden z pierwszych rozpoczął pracę jeszcze w  baraku, „w prymitywnych warunkach lecząc pacjentów, organizując jednocześnie lecznictwo stomatologiczne”; pielęgniarki: Bożenę Pasaman, Halinę Małek, Danutę Kudelską, które z poświęceniem i zamiłowaniem pracowały w gabinecie zabiegowym.

Agnieszka Wójcik-Skiba, fot. z archiwum rodziny Szczerbakiewiczów

 

Na zdjęciu: Pracownicy przychodni przy al. Lotników Polskich.  W drugim rzędzie, druga od lewej Janina Gwozdowska. Za nią Irena Wojtyła-Szczerbakiewicz.

 

 

Artykuł przeczytano 2392 razy

Last modified: 7 kwietnia, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?