piątek, 23 lutego 2024r.

Avia jak odcisk palca

Autor: |

Wiesław i Waldemar Brzozowscy mają za sobą zawodniczą przeszłość w Avii. Wiesław był bramkarzem pierwszego zespołu, Waldemar występował w drugim. Obecnie starają się pielęgnować historię i tradycje klubu. Zebrali chyba największą kolekcję pamiątek, a najcenniejszym eksponatem jest sztandar z czasów, kiedy Avia była jeszcze Klubem Sportowym bez przymiotnika Fabryczny.

– Zaczynałem w wieku 14 lat, jako trampkarz Avii. Zostałem zauważony przez trenera Jerzego Rejdycha  w czasie turnieju dzikich drużyn, zorganizowanego przez klub. Początkowo grałem w polu, a do bramki trafiłem trochę przez przypadek. Spośród pierwszych trenerów zapamiętałem szczególnie Czesława Krygiera. Główny nacisk kładł na tak zwaną małą grę. Podać,  wyjść na pozycję, pokazać się, przyjąć i znowu oddać. Do znudzenia wpajał nam, że musimy grać szybko, z klepki, bez niepotrzebnego przetrzymywania piłki. Miał jeszcze jedną cechę. Nigdy nie usłyszałem od niego przekleństwa mówi Wiesław Brzozowski.

Wiesław Brzozowski rozpoczynał karierę piłkarską jako gracz ataku. Był bardzo bramkostrzelnym zawodnikiem. Razu pewnego zabrakło na treningu bramkarza, zgłosił się na ochotnika na zastępstwo i tak już zostało.

– W juniorach naszym trenerem był Janusz Zaleski, świeżo upieczony magister. Doprowadził nas do mistrzostwa województwa. W ćwierćfinale rozgrywek centralnych do Świdnika przyjechały Warta Poznań, Wisła Kraków i Jagiellonia Białystok. Przegraliśmy tylko z Wisłą, ale awansowały dwie drużyny. W półfinale znowu Wisła, Szombierki Bytom i Lechia Gdańsk. W decydującym o awansie do finału meczu z Wisłą musieliśmy wygrać. W 5 minucie przegrywaliśmy już 0:2 i wszedłem na zmianę  za Henia Kagankiewicza. Przegraliśmy ostatecznie 1:2 – wspomina Wiesław Brzozowski.

Z obiecującej drużyny juniorskiej zostało wkrótce niewielu zawodników. Tadeusz Łapa wyjechał na studia, Henryk Kagankiewicz przeszedł do Stali Poniatowa, w sumie zostało może czterech wychowanków.

– Na którymś treningu, po gierce, Zaleski zawołał do siebie bramkarzy. Wytrzeszczył oczy, kiedy zgłosiłem się i ja: – Ty chłopie nie możesz grać na bramce. Przecież kręcisz przeciwnikami na boisku jak chcesz. Pamiętał, kiedy w meczu drugiej drużyny z Motorem wszedłem na boisko i strzeliłem dwie bramki. Później zdobyłem jeszcze gola głową przeciwko Poniatowej – opowiada W. Brzozowski.

W 1976 roku pojawił się w Avii w roli trenera Bronisław Waligóra. Znany był rządów silnej ręki. Wprowadził zakaz używania przekleństw karząc jego złamanie stuzłotową „mandatem” zbieranym w specjalnej skarbonce. Było to 20 procent wypłaty, jaką otrzymywali piłkarze każdego miesiąca jako tak zwane kadrowe. Na uzbieranie pokaźnej sumy nie trzeba było długo czekać, ale w końcu Waligóra osiągnął swój cel.

– Kiedy wracaliśmy z meczu z Jagiellonią Waligóra zaprosił nas do restauracji pod Puławami i mówi: – Za dobrą postawę dostajecie ode mnie po koniaczku. Okazało się, że to nie od niego, tylko sami sobie ufundowaliśmy ten obiad. Ale trener nie byłby sobą, gdyby i tego gestu po swojemu nie wykorzystał: – Teraz już wiem, który tu pije. No i wyliczył z pięć nazwisk. Jakie było jego kryterium? No przecież koniaku nie pije się jednym haustem, tylko się go sączy – śmieje się W. Brzozowski.

Wiesław Brzozowski rozegrał w II lidze zaledwie dwa spotkania. Po obu zdobył jednak uznanie i wdzięczność trenera Waligóry. W pierwszym, przeciwko Polonii w Bydgoszczy, która była miastem trenera, Zbigniew Kondziak wpuścił trzy bramki i w 55 minucie został zmieniony przez Brzozowskiego. Ten nie puścił już żadnego gola, a Avia przegrała 1:3. Wtedy Waligóra wyróżnił go pochwałą i premią jak za wygrane spotkanie. Drugi, rozgrywany na przemian w śniegu i deszczu, kiedy było ciemno i mokro, Avia grała ze Stoczniowcem Gdańsk. Wtedy obronił strzał z dwudziestu paru metrów. W poniedziałek, na odprawie, dwa dni po meczu, Waligóra powiedział: -Siedziałem i zastanawiałem się… do tej pory nie wiem, jak to obroniłeś.

Dlaczego zatem nie zamienił się rolami ze Zbigniewem Kondziakiem, pierwszym bramkarzem zespołu?

– Zbyszek był niesamowitym bramkarzem. Przyszedł do Świdnika z Tura Milejów. Na sparingu Avii z Turem Zbyszek bronił jako siedemnastolatek. Nasi zagrali najsilniejszym składem i wygrali 11:0, ale najlepszym zawodnikiem na boisku był Kondziak. Po tamtym meczu wzięli go do Avii. Na boisku był strasznym żywiołem. Pod koniec kariery występował w Świdniczance, aż niespodziewanie, bodajże na rok, trafił do I-ligowego Motoru. Nie zagrał ani jednego meczu, ale świadczy to o jego wartości jako bramkarza – opowiada Wiesław Brzozowski.

Wiesław Brzozowski grał w Avii od 15 do 24 roku życia. Powołany do wojska, występował potem w Lubliniance i Chełmiance. Po zakończeniu służby chciał wrócić, ale nie dogadał się z władzami klubu. W czasie, kiedy był w kadrze żółto-niebieskich trenowało go z dziesięciu szkoleniowców. A kogo z kolegów z boiska wspomina najbardziej?

– Z wychowanków Avii najdalej zaszedł Witek Łukasik, który grał w I lidze w barwach Stali Mielec. Darek Bartoszewski, przez Mielec trafił do Motoru. Również grał w I lidze. Krzysiek Korczyk też przeszedł do Motoru. Marcin Prokop, Rysiek Dworzecki, Lucjan Oskroba, Bogdan Bukowski, Andrzej Dyński – wybijające się talenty. Andrzej Oryszko, o którym mówili, że jest szybszy od wiatru, był bożyszczem kibiców. No i Janusz Żmijewski, zawodnik z reprezentacyjną przeszłością, wcześniej piłkarz Legii, którego do Świdnika sprowadził jego brat, Mirek, wówczas trener Avii. Strzelił zaledwie jedną bramkę, ale asyst miał tyle, że zasłużył na miano legendy. Znawcy mówili, że utalentowany był bardziej niż Włodzimierz Lubański i Jan Banaś razem wzięci. Niestety nie wykorzystał tego do końca. Oczywiście nazwisk wszystkich zdolnych piłkarzy nie sposób wymienić jednym tchem – tłumaczy W. Brzozowski.

W czasach Gminno-Powiatowego Towarzystwa Sportowego Avia Świdnik Wiesław Brzozowski, przez pewien czas, pełnił obowiązki członka zarządu stowarzyszenia.

– Było bardzo ciężko. Każdą złotówkę oglądaliśmy na wszystkie strony przed wydaniem. Zdarzało się, że dokładaliśmy z własnych pieniędzy. Prawdą jest, że Miejski Klub Sportowy uratował życie piłce nożnej spod znaku Avii. Jednak bez zaangażowania ludzi pracujących dla GPTS nie byłoby czego ratować – twierdzi W. Brzozowski.

Waldemar Brzozowski wcześniej od Wiesława skończył przygodę z Avią. Grał jeszcze w Świdniczance, a potem poświęcił się pracy zawodowej. Obaj nie pożegnali się jednak z piłką nożną. Uprawiają ją rekreacyjnie, czasem przeciwko sobie, jak w czasie tradycyjnych spotkań oldbojów obu świdnickich klubów. Zbieranie pamiątek historii Avii z czystym sumieniem można nazwać pasją. Dlaczego? Wiesiek Brzozowski zawsze ma przy sobie portfel, w który wpięte są stare przypinki i malutki proporczyk Avii z czasów, kiedy motocykle WSK miały jeszcze kolorową kalkomanię na baku.

Artykuł przeczytano 1143 razy

Last modified: 2 grudnia, 2022

Registration

Zapomniałeś hasło?

Zmień język »