piątek, 17 kwietnia 2026r.

W moim życiu nigdy nie zabraknie zwierząt

Autor: |

Maćka Kościuka poznałam w 2006 roku, kiedy był uczniem 3 klasy Gimnazjum nr 3 i w ramach projektu „Poznaj siebie. Moje hobby” przygotował wystawę zwierząt. Na szkolnym patio stało kilkadziesiąt klatek i akwariów. Maciek oprowadzał gości, szczegółowo opowiadał o swoich pupilach i odpowiadał na setki pytań, szczególnie najmłodszych dzieci, którym do gustu przypadł baran francuski, czyli rasa …królika. Od tamtej pory upłynęło dużo czasu, jednak Maciej nadal fascynuje się światem fauny. Jak sam mówi, nie wyobraża sobie życia bez zwierząt.

– Pamiętasz wystawę w gimnazjum?

– Oczywiście. Znalazły się na niej takie okazy, jak gekon lamparci, traszka waltla, mysz kolczysta, rak florydzki, aksolot meksykański, gęsiówka egipska czy murzyn warszawski. Były też bażanty i drób. Nie zaprezentowałem natomiast emu, pawia białego i czarnoskrzydłego. Nie było też przepiórek, bo są to ptaki płochliwe. Zabrakło również różnych bezkręgowców, ze względu na brak odpowiednich warunków. Np. krocionogi to zwierzęta nocne, które w ciągu dnia chowają się w ściółce.

– Miałeś wtedy ponad 40 gatunków zwierząt…Rodzicom to nie przeszkadzało?

– Zazwyczaj to rodzice zaszczepiają w dzieciach jakieś pasje. U mnie było odwrotnie. Kiedy 20 lat temu dostałem na gwiazdkę pierwszego gekona lamparciego, mama była sceptycznie nastawiona do tego „egzotycznego” domownika. Z pierwszym wężem też była mocna przeprawa. Potem jednak rodzice oswoili się ze wszystkimi moimi pupilami i mogłem liczyć na ich pomoc. Wspierali to hobby, które rozwijało się bardzo intensywnie. Teraz zdarza się, że mama jeździ na wystawy i prezentuje węże. Kiedy chodziłem do szkoły, część zwierząt, głównie ptaki, przebywała u dziadków, bo nie byłem w stanie ciągle ich doglądać. Hodowla ptaków jest bardziej czasochłonna niż ryb czy gadów. Nie mówię o podawaniu odpowiedniego jedzenia, picia czy suplementów, ale o stymulowaniu i kontrolowaniu lęgów. Chociaż trudno nazywać mnie hodowcą w tamtym okresie, ponieważ nie ja wykonywałem większość pracy.

– Nadal masz tak liczny zwierzyniec?

– Nie wiem, co musiałoby się w moim życiu wydarzyć, by zabrakło w nim zwierząt. Przyznam jednak, że ich liczbę nieco zmniejszyłem. Głównie z powodu braku czasu, by się nimi odpowiednio opiekować. Nie mam też możliwości hodowli ptaków, więc ograniczam się do zwierząt, które można trzymać w mieszkaniu. W tej chwili mam buldoga francuskiego, kota, jaszczurkę perłową, różne gatunki pluskwiaków i jedno akwarium z rybami. Do tego kilkadziesiąt węży zbożowych. Zależy mi na tym, by stworzyć niewielką hodowlę węży, o dobrej renomie. Zamówiłem też sobie z Niemiec kolejne pluskwiaki. Są to owady o bardzo ciekawych zachowaniach łowieckich. Zastanawiam się jednak nad przeniesieniem tego zwierzyńca w inne miejsce. Tak by w mieszkaniu móc tylko odpoczywać.

– Jak zaczęła się Twoja fascynacja światem fauny?

– Kiedy miałem 6 lat, dostałem od cioci pierwsze rybki i od tamtego momentu zacząłem regularnie rozwijać swoją hodowlę, dodając coraz to nowe gatunki zwierząt. Najczęściej wyglądało to tak, że chodziłem do sklepu zoologicznego z dziadkiem, wybierałam zwierzątko, które mi się bardzo podobało i dziadek je kupował. Później już sam kupowałem, najczęściej z dobrych hodowli albo ze sprawdzonych firm, które zajmują się importem.

– Wspominasz o wielu gatunkach, które hodowałeś, a jakie były te najbardziej egzotyczne?

– Na pewno inaczej postrzegam egzotykę niż większość osób. Dla mnie takie zwierzęta to, na przykład, węże ślimakożerne, jajożerne i latające, malutkie gatunki nietoperzy. Bardzo chciałbym mieć lemury myszate albo koniki morskie czy meduzy. Może z meduzami uda się w tym roku, bo jest już w Europie hodowla jednego z gatunków. Dla większości osób egzotykę stanowią węże jadowite, których miałem wiele. Najładniejsze i najciekawsze to żmije rogate, występujące na Saharze. Przemieszczają się bokiem, by nie dotykać rozgrzanego piasku całą powierzchnią ciała. Hodowałem też kilka podgatunków mokasyna miedziogłowca, mokasyny meksykańskie, gromadkę kobr, w tym Stefana, czyli red spittingcobra (nie ma polskiej nazwy, ale można przetłumaczyć jako czerwona kobra plująca) oraz azjatyckie kobry syjamskie. W moim zwierzyńcu nie brakowało żmij rogatonosych o przepięknym ubarwieniu, a także gabońskich. Samiec tej ostatniej waży 14 kg przy długości 1,5 m. Ich syczenie znajomi porównywali do dźwięku spuszczania powietrza z dętki od tira.

– Jakie zwierzątko poleciłbyś komuś, kto nie chce mieć psa, kota lub królika?

– Chyba jaszczurki – legwan lub waran, byłyby najbardziej odpowiednie. Są bardziej kontaktowe niż na przykład węże czy pająki. Wąż nadaje się raczej dla pasjonata. Nie jest to pupil, który nas rozpozna. Na pająki natomiast, czy też raczej na ich jad, możemy być uczuleni. Niektóre wyczesują z odwłoka parzące włoski, powodujące u ludzi świąd. Nigdy nie mówię, że polecam jakiś gatunek, bo jest łagodny. To, podobnie jak agresja, jest cechą osobniczą. O żadnym zwierzęciu nie można powiedzieć, że jest bezpieczne. One są nieprzewidywalne. Miałem anakondę żółtą, która ogólnie cieszy się złą sławą. Samica rośnie do ok. 3-3,5 metra. Mój wąż nie pozwalał mi zrobić przy sobie prawie nic. Mimo rękawic zawsze albo byłem pogryziony albo obsikany, bo węże bronią się wydalaniem mocznika i zawartości gruczołów kloacznych. Było to uciążliwe, ponieważ to zwierzęta brudzące i często trzeba je było myć, czyścić terrarium. A na przykład moja mama mogła anakondę wyjąć bez rękawic i nic jej nie zrobiła. Pamiętajmy jeszcze o jednej rzeczy. Gadom, oprócz pokarmu i wody, musimy zapewnić określone warunki: odpowiednią wilgotność powietrza, temperaturę, suplementację, oświetlenie z promieniami UVB. To wszystko generuje duże koszty. Również leczenie jest drogie. Wracając zaś do pytania… Początkujący miłośnik świata fauny może sobie też kupić owady – straszyki, liśćce, patyczaki czy ewentualnie skorpiony. Do obserwowania będą doskonałe. Bo oczywiście na ręce ich nie weźmiemy i nie przytulimy.

– Pracowałeś w schronisku dla bezdomnych zwierząt w Lublinie i w ośrodku rehabilitacji dzikich zwierząt w Jedlni…

– W schronisku zacząłem jako wolontariusz, jeszcze jako licealista. Później odbyłem tam staż, a potem dostałem umowę. Byłem opiekunem dzikich zwierząt. Miło to wspominam. Od rana do wieczora zajmowałem się tym, co lubię. Praca w Jedlni, która wiązała się również z przeprowadzką do Radomia, polega przede wszystkim na odkarmianiu czy przystosowaniu dzikich zwierząt do życia. Trafiały tam głównie młode osobniki. W okresie wiosennym było bardzo dużo piskląt. Ludzie znajdowali ptaszka i wydawało się im, że wypadł z gniazda, sam nie da sobie rady. To samo z koziołkami czy młodymi sarenkami, znajdowanymi w lesie. Były też zajączki poparzone przy wypalaniu traw, sporo kun i łasiczek. Kilka nawet zamieszkało ze mną. Pamiętam jastrzębia, którego ktoś złapał w swoim gospodarstwie, bo zaatakował kurę. Miał pseudoobrączkę i troki. Podejrzewaliśmy, że chyba był wyjęty z gniazda jako pisklę. Próbowano ułożyć go sokolniczo, ale nie wyszło. Do ośrodka trafił też młody łoś, którego leśnicy znaleźli zaraz po porodzie. Klępa musiała się czegoś przestraszyć i uciekła. Zostawili go na kilka dni, sprawdzali czy matka przychodzi, ale nie wróciła. Przywieźli więc łosia do nas.

– Masz ogromną wiedzę na temat wielu różnych gatunków zwierząt. Skąd ją czerpiesz

– Jeśli ktoś się czymś interesuje, chce poznać to zagadnienie jak najlepiej. Wiedzę czerpię przede wszystkim z książek, które zbieram i uwielbiam. Zaznaczam jednak, że z tych starszych wydań. Jest w nich o wiele więcej ciekawych informacji i mniej błędów merytorycznych. Korzystam też z Internetu, różnego rodzaju grup i forów. To dobre źródła, bo obejmują różnego rodzaju zwierzęta, chociaż oczywiście trzeba sprawdzić czy na przykład dana grupa jest wiarygodna. Bardzo dobrym źródłem informacji są artykuły naukowe. W Lublinie działają fundacja Epikrates i Egzotarium, które zajmują się zwierzętami egzotycznymi i na pewno udzielą informacji w ich zakresie. Można też pytać hodowców, nie wszyscy jednak chcą się dzielić doświadczeniem. Natomiast ja bardzo chętnie przekazują swoją wiedzę, bo przecież trzeba wychować młodsze pokolenia pasjonatów.

– Przekazujesz ją też pewnie na różnego rodzaju targach? Pamiętam, że wystawiałeś swoje zwierzęta, a Twoja czubatka holenderska miniaturowa białoczuba zdobyła na jednej z wystaw tytuł championa.

– Dobre efekty osiągałem też w hodowli kur bojowych. Otrzymywały bardzo dobre oceny na wystawach. Najwięcej punktów, czyli 97 na 100 zdobyła kurka współczesnego bojowca angielskiego miniaturowego. Teraz już mniej jeżdżę na targi czy wystawy. W ubiegłym roku byłem tylko w Kleszczowie. Na takie wyjazdy trzeba poświęcić dużo czasu i pieniędzy. Dla oglądających wystawa to sobota i niedziela. Dla wystawcy zaczyna się już w czwartek, bo przecież trzeba przewieźć zwierzęta, wypakować klatki, ustawić. W poniedziałek znów wszystko zapakować i wracać do domu. To dla mnie już trochę męczące i mało atrakcyjne. Ale od kilku lat można mnie spotkać podczas ZooParku, w Targach Lublin.

– Czy Twoja obecna praca wiąże się ze zwierzętami?

– Pracuję w firmie, która zakłada i pielęgnuje ogrody. Rośliny również są mi bliskie, bo przecież wykorzystuje się je w akwariach, terrariach czy wolierach. Dla niektórych gatunków zwierząt rośliny są niezbędne, więc musiałem przyswoić wiedzę również na ten temat.
Agnieszka Wójcik-Skiba, fot. Emil Kasiczak, archiwum Maćka Kościuka

Artykuł przeczytano 5036 razy

Last modified: 5 stycznia, 2020

Zmień język »
Przejdź do treści