sobota, 06 czerwca 2020r.

Czar wuesek

Autor: |

W kwietniu 2018 roku, w wieku 87 lat, zmarł Kryspin Kmiecik, jeden z czołowych zawodników klubu motorowego „Stal Świdnik”. Reprezentował go we wszystkich zawodach Mistrzostw Polski oraz międzynarodowych. Kilkakrotnie przysłużył się do zdobycia dla klubu drużynowych Mistrzostw Polski w rajdach motocyklowych. Startował w Tatrzańskim Rajdzie Międzynarodowym, zdobywając złote medale. W 1962 r., na motocyklu WSK, brał udział w „Sześciodniówce” w Garmisch Partenkirchen w Niemczech, przywożąc stamtąd brązowy medal. Z „Sześciodniówki” w Zakopanem wrócił ze srebrem. Był Mistrzem i Wicemistrzem Okręgu (Iż 350 cm3). Startował również w „Sześciodniówce” w Czechosłowacji, zdobywając srebrny medal. Był wieloletnim gospodarzem klubu, sędzią motorowym.

Przypominamy rozmowę, w której oprócz pana Kryspina (na zdjęciu w środku) uczestniczyli również Jan Kopiel i Stanisław Grześ, jedni z pierwszych zawodników sekcji motorowej Avii. Spotkałam się z nimi w Strefie Historii, gdzie popłynęły wspomnienia o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy to zawodnicy klubu motorowego Stal, a później Avia, odnosili największe sukcesy w rajdach i wyścigach ulicznych.

– Jak to się stało, że w Panów życiu pojawiły się motocykle?

– Pochodzę ze wsi pod Zamościem i to tam uczyłem się jeździć – zaczyna Jan Kopiel, najlepszy rajdowiec Polski w 1967 roku. – Od dziecka ciągnęło mnie do motoryzacji. Okazji nie brakowało, bo w naszych rejonach zostało dużo motocykli po Rosjanach. Kiedyś ojciec wymienił bimber na rosyjską „dekawkę” 350. Byłem mały, maszyna znacznie większa ode mnie. Żeby na nią wsiąść, musiałem najpierw oprzeć ją o ścianę. Jeździłem po kryjomu, ale złapali mnie, kiedy skończyła się benzyna.
– U mnie było podobnie – śmieje się Stanisław Grześ, dwukrotny zwycięzca Biegu o Złoty Kask Dziennika Łódzkiego. – Miałem 12 lat, pożyczałem od ciotecznego brata „dekawkę” 250, też w tajemnicy. Nakrył mnie dopiero za którymś razem. Później z kolegą Gienkiem kupiliśmy Harleya, za podwędzony mojej babci bimber, kiełbasę i chleb. Sprzedał go nam Rosjanin, który pilnował magazynów z samochodami i motocyklami, pozostałymi po Amerykanach, Niemcach, Rosjanach. Jeździliśmy nim chyba rok. Trzymaliśmy go w chlewiku u Gienka. Nawet jego ojciec nic o tym nie wiedział. W końcu jednak przyuważyło nas MO. Przyjechało UB i zarekwirowali motocykl na rzecz państwa.
– Moja droga do motocykla była nieco dłuższa – opowiada Kryspin Kmiecik, współzałożyciel klubu motorowego Stal Świdnik. – Najpierw miałem być górnikiem, ale nie spodobało mi się pod ziemią. Później startowałem w zawodach saneczkarskich, byłem nawet wicemistrzem Polski. Nasza bobslejowa czwórka reprezentowała Polskę w Cortinia d`Ampezzo. Zdobyliśmy 17 miejsce. W 1950 roku zacząłem jeździć we Wrocławiu na żużlu. Rok później przyjechałem do Świdnika. Spotkałem Romana Szczerbakiewicza, którego znałem z widzenia, jeszcze z Jeleniej Góry, i zaczęliśmy tworzyć sekcję motorową. Należeli do niej – Paciejewski, Zdzichowski, Podeszwa, Romanowski. Na początku nie było nawet gdzie trzymać motocykli. Później udostępnili nam piwnicę w bloku przy ul. 22-go Lipca [dziś St. Wyspiańskiego – red.]. W 1953 roku dyrektor Drożdżyński kupił nam 14 motocykli SHL. Zaczęły się szkolenia, w mieszkaniu u Romana. Teorię wykładał Michał Szponarowicz, ja byłem instruktorem. Egzaminy również odbywały się w mieszkaniu. Zaczęliśmy też wtedy startować. Trzy razy zdobyliśmy mistrzostwo Polski – ja, Roman i jego brat, Jan Remigiusz. W 1954 roku sekcja zmieniła się na Świdnicki Klub Motorowy LOK, kilka lat później na LPŻ, jeszcze później na Klub Motorowy „AVIA” Świdnik. Wyrosło z niego wielu wspaniałych zawodników: Jerzy Brendler, bracia Józef, Jan, Tadeusz Buciorowie, Ryszard Siuda, Edward Pranagal, Zbigniew Domina, którzy zdobywali czołowe miejsca i medale w wyścigach.

– A jakie były początki w klubie pozostałych Panów?

– Szkołę skończyłem w 1956 roku i zaraz trafiłem do Świdnika – opowiada J. Kopiel. – Z początku pracowałem na wydziale narzędziowym, w planowaniu. Później trafiłem na szlifiernię. Kiedy zaczęto organizować biuro konstrukcyjne motocykla, pod nadzorem inż. Kosmy, przeszedłem do niego. W międzyczasie kupiłem motocykl i zaglądałem do klubu. Czyściłem zawodnikom motocykle, jeździłem z nimi na treningi. W 1958 roku zrobiłem prawo jazdy. Instruktorem był Waldek Hakenberg. Rok później brałem udział w zlotach okręgowych. Miałem dobre wyniki, więc przyjęli mnie do klubu. W 1962 roku pojechałem na mistrzostwa Polski do Iwonicza i tam wygrałem klasę 125 ccm. Nie mieliśmy ani kasków, które zresztą na początku nie były wymagane, ani rękawic czy specjalnych kombinezonów. Ubieraliśmy się w tzw. barbury. Pierwszy raz na Zachód pojechałem chyba w 1963 roku. Zarobiłem tam pierwsze marki, które zainwestowałem w sprzęt. Ale na zawodach nagrody zazwyczaj były rzeczowe. Dostawaliśmy zegarki, sztućce, akcesoria motorowe.
– Po skończeniu szkoły zawodowej dostałem pracę w FSC w Lublinie – mówi S. Grześ. – Popołudniami, w kinie „Przyjaźń”, pod okiem Stanisława Zalewskiego, trenowałem boks, ale długo tam miejsca nie zagrzałem. Kolega namówił mnie na rower. Jako zawodnik przyfabrycznego klubu Stal FSC, brałem udział w ogólnopolskich wyścigach. Wzięli mnie do kadry młodzieżowej Polski. Kilka miesięcy później przeniosłem się do WSK. Do godz. 15.00 objeżdżałem motocykle seryjne, a po południu trenowałem na rowerze. We wrześniu przesiadłem się na motocykl. W klubie jeździli wtedy Janek Szczerbakiewicz, Józef Bucior, Maluchnik, Poldek Miechoński. Na pierwszy rajd pojechałem do Hrubieszowa. Zająłem trzecie miejsce. W 1960 roku po raz pierwszy wystartowałem w rajdzie tatrzańskim. Brałem w nim udział sześciokrotnie. Trzy razy go nie ukończyłem, a z trzech przywiozłem brązowe medale.

– Zawody, rajdy, wyścigi… Czy są takie, z którymi wiążą się jakieś szczególne wspomnienia?

– Najbardziej zapamiętałem eliminacje do mistrzostw Polski w Karpaczu, w 1966 roku – mówi J. Kopiel. – Jechałem może ze 120 km/h, wszedłem w zakręt i wyjechałem wprost na …karetkę. Ściąłem kilka słupów, przeleciałem nad drzewami i wylądowałem w potoku. Pękł kask, ale mi nic się nie stało. Poobijałem się tylko mocno. Natomiast motocykl był tak połamany, że do Świdnika przywieźliśmy go w dwóch skrzynkach po jabłkach. Wypadek był strasznym przeżyciem, nie zniechęcił mnie jednak do sportów motorowych. Niebezpieczna była też sześciodniówka na angielskiej wyspie Man. Z Polski pojechało 10 zawodników. Tylko 3 wróciło bez gipsu. Była ogromna mgła. Jeździło się lewą stroną, w odwrotnym kierunku i co chwila ktoś się mylił. Chyba nawet ktoś zginął.
– Tak, takie niebezpieczne sytuacje często się zdarzały – kiwa głową K. Kmiecik. – Miałem kilka groźnych wypadków, np. w Zakopanem, na Turbaczu, gdzie startowaliśmy jako zespół fabryczny. Podjazd był stromy, podrzuciło mnie na kamieniu. Próbowałem wyhamować i znalazłem się na ziemi wcześniej niż motocykl. Straciłem przytomność. Na drugi dzień już nie wystartowałem, bo miałem wybity obojczyk. Ale były też i inne ciekawe sytuacje. W Walii wjeżdżaliśmy pod górę o wysokości 2 400 metrów. Temperatura na dole wynosiła 8 st., na górze już -8 st. Jechałem przedostatni. Jakiemuś Niemcowi zepsuł się motocykl. Poprosił, żebym go ściągnął. Trochę się namęczyliśmy, bo nie mieliśmy żadnej linki, ale jakoś udało się zjechać. Kilka lat później pojechałem do Niemiec i tam, przypadkiem, spotkałem tego zawodnika. Był mi tak wdzięczny za pomoc w Anglii, że gościł mnie przez tydzień.
– No właśnie, było też wiele fajnych chwil – dodaje S. Grześ. – Pamiętacie, jak pojechaliśmy trójkołowcami do katowickiej telewizji? Mieliśmy nagrywać jakiś program. Wtedy po raz pierwszy widziałem prezenterkę Krystynę Loskę na żywo.
– Kiedyś pojechałam do Zakopanego, do zaprzyjaźnionego górala Bronka – wspomina pan Kryspin. – Rozmawiamy, a tu wchodzi kardynał Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II, ze swoim sekretarzem ks. Dziwiszem. Szukali Stanisława Marusarza, tego skoczka.
– Do Zakopanego często jeździłem na obiad – śmieje się Jan Kopiel. – Wyjeżdżałem o 6.00, jadłem obiad, spacerowałem po Krupówkach, napiłem się kawy u Bronka i z powrotem do Świdnika. Zawsze był tylko jeden problem. Trzeba było pamiętać o zapasie paliwa, bo po drodze nie było wielu stacji benzynowych. Jak się zapomniało zatankować, trzeba było później szukać kogoś, kto sprzeda chociaż ze 2 l, by dojechać do najbliższego CPN-u.

– Motocykle to raczej męskie hobby, przynajmniej w tamtych czasach, ale zdarzały się i panie związane z tym sportem… Na przykład reklamujące nasze wueski w czasopismach czy kalendarzach.

– Przy WSK była sekcja reklamy, prowadzona przez Józefa Wrońskiego i Zbyszka Piaseckiego – wyjaśnia pan Jan. – Spod ich ręki wychodziły barwne foldery, prospekty, zdjęcia. Motocykle reklamowały panie ze Świdnika i zawodnicy klubu, na przykład Janek Szczerbakiewicz. Byłem kiedyś na serii zdjęć reklamowych w okolicach Zakopanego oraz w Sochaczewie na nagraniu piosenki Danuty Rinn i Bogdana Czyżewskiego. Ale była też taka dziewczyna z Dzierżoniowa, która wygrywała wyścigi. I chyba dwie z Lublina. Ryta i Barbara, nazwisk nie pamiętam.
– Pamiętam z wyścigów dwie panie, z Wrocławia – dodaje Stanisław Grześ. – Jedna jeździła na „dekawce” 125. Później sędziowała na rajdach. Jej ulubieńcem był Janek Szczerbakiewicz. Zawsze dawała mu maksymalną liczbę punktów.

– Nie brakuje Panom dzisiaj tych maszyn? – pytam, gdy stajemy przy zgromadzonych w Moto Strefie legendarnych jednośladach, między innymi pierwszej wuesce MO6, od której w 1954 roku zaczęła się produkcja motocykli w naszym mieście czy prototypie „Sarenki”.

– Byliśmy zżyci ze sportem, więc długo mi potem tego wszystkiego brakowało – mówi Kryspin Kmiecik. – Znalazłem jednak inne zajęcie – szkoliłem wnuki. Bardzo dobrze jeździli w trialu rowerowym. Jeden zdobył III miejsce w Polsce, drugi był mistrzem okręgu. Uczyłem ich też tańczyć, bo muszę się pochwalić, że zdobyłem kiedyś wicemistrzostwo Dolnego Śląska w tańcu towarzyskim.
– Cieszymy się, że skończyliśmy karierę cali i zdrowi – dodaje Stanisław Grześ. – Nie wszystkim to się udało. A ja do tej pory jeżdżę motocyklem, na przykład na działkę pod Nałęczowem. W moim pokoju stoi zabytkowa Yamaha 250, z 70. roku. Klub miał ponad 280 pucharów. Część przepadła, ale te, które zostały można by było gdzieś wyeksponować. To pamiątka po naszych startach, wygranych zawodach.
– Trzeba się cieszyć, że jeszcze jesteśmy w formie, chociaż swoje lata już mamy – śmieje się Jan Kopiel. – Zdobyliśmy mnóstwo medali, pucharów, nagród. Chciałbym, żeby to wszystko znalazło się w jednym miejscu, by ktoś mógł obejrzeć. Jest to nie tylko dorobek naszego życia, ale i całego świdnickiego społeczeństwa, historia naszego miasta.

Agnieszka Wójcik-Skiba

 

Artykuł przeczytano 712 razy

Last modified: 6 kwietnia, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?