piątek, 27 stycznia 2023r.

Remek, chodź do Świdnika

Autor: |

Zaczynał od trenowania siatkówki w klasie sportowej szkoły podstawowej w Lublinie. Potem był MKS Lublin i praca pod kierunkiem Stefana Zawadzkiego. Następnie SZS AZS Lublin z trenerem Andrzejem Welczem, bratem słynnego Jerzego Welcza. Inaczej mówiąc, siatkarskie początki Remigiusza Misztala to klasyczne, lubelskie korzenie wielu zawodników Avii Świdnik.

Remigiusz Misztal zdradzał nieprzeciętny talent od pierwszych lat przygody z siatkówką. Mistrzostwa Polski Szkół Podstawowych młodzików – tytuł najbardziej wszechstronnego zawodnika i powołanie na zgrupowanie centralne do Gdańska Oliwy. Czwarte miejsce w Polsce drużyny juniorów młodszych na mistrzostwach Polski w Warszawie, chociaż grali z rywalami o rok starszymi. Cały czas powołania na zgrupowania kardy i mecze, bądź turnieje międzynarodowe.

– Nigdy nie miałem wakacji jak inni. Oni na wypoczynek, ja na zgrupowanie kadry, bądź AZSu. Wszystko to procentowało zdobywaniem kolejnych umiejętności, ale też odbierało sporą część dzieciństwa. Z drugiej strony nobilitowało, budowało poczucie wartości i ustawiało do życia. Mobilizowało, żeby nie podpaść. O niesubordynacji trenerzy natychmiast zawiadamiali szkołę i kuratorium. Kolega, bardzo dobry zawodnik, został wydalony ze zgrupowania za spóźnianie się na śniadanie. Wystarczyły dwie, trzy minuty spóźnienia i słyszało się: pociąg już odjechał, śniadania nie dostaniesz. Do tej pory punktualność jest dla mnie najważniejsza – opowiada R. Misztal.

W 1979 roku przyszedł czas na najważniejszą imprezę wieku młodzieżowego, spartakiadę młodzieży, w czasie której SZS AZS reprezentował całą Lubelszczyznę. Skromni chłopcy z Lublina wygrali 2:1 z Warszawą i zdobyli brązowy medal, a Remigiusz Misztal tytuł najlepszego atakującego. Potem został kapitanem reprezentacji Polski juniorów.  Wtedy zainteresowały się nim drużyny najwyższej wówczas klasy rozgrywkowej, czyli I ligi. Trafił do Hutnika Kraków, z którym zdobył brązowy medal Mistrzostw Polski. Dopadło go jednak zagrożenie służbą wojskową, której, jak większość chłopaków w tym czasie, wielkim amatorem nie był. Spotkał w Lublinie Krzysztofa Lemieszka, znanego sobie z MKS Lublin, wówczas zawodnika Avii, który powiedział mu: Remek, chodź do Świdnika. Budują młody, mocny zespół. Waldemar Grzegorczyk, kolega z czasów spartakiady dołożył: Ponoć z Avii idzie do wojska tylko ten, kto chce. Nie wiadomo jakim sposobem, okazało się to prawdą.

– Prezes Jerzy Miciul ucieszył się z mojego powrotu na Lubelszczyznę. Trenerami zespołu byli Jerzy Miszczuk i Jan Krasnopolski. Powstał zespół, w którym panowała bardzo dobra atmosfera.  Z Częstochowy wrócił Konrad Dobrowolski. Grali jeszcze doświadczeni, pamiętający „złotą” drużynę Tomka Wójtowicza i Leszka Łaski, Leszek Sowiński i Mietek Rzędzicki,  którzy tworzyli kręgosłup zespołu i jego ducha. Wspaniały wkład wnieśli również bracia Dariusz i Sławek Kurkowie. Był Marek Herda, młody chłopak, szykowany na rozgrywającego, który jednak wybrał inną drogę życiową i został anglistą. W składzie znaleźli się także Jacek Kamiński, Konrad Dobrowolski, Waldek Grzegorczyk, Krzysztof Lemieszek, Rysiek Mazurek, Mariusz Semeniuk, Mirek Stefanowicz. W sezonie 1982/83 zdobyliśmy dla Świdnika upragniony awans do I ligi – wspomina Remigiusz Misztal.

Remigiusz Misztal umawiał się z władzami klubu na dwuletnią umowę, ale został na dłużej.

– Rozmowy z Jerzym Miciulem, Witoldem Czerniakiem  i Radosławem Rubajem, żeby  broń Boże niegdzie nie wyjeżdżać, bo tu rodzina …no, jak to rozmowy. W tamtych czasach najbardziej przyciągała atmosfera świdnickiej siatkówki. Byliśmy tu celebrytami. Całe miasto żyło wydarzeniem, jakim był mecz pierwszoligowy. Ci, którzy nie zmieścili się w hali okupowali okoliczne lokale z piwem, co jakiś czas wysyłając umyślnego, żeby sprawdził wynik. W 1983 roku zajęliśmy czwarte miejsce w Pucharze Polski. W drodze do finałów pokonaliśmy Hutnika Kraków, a grupie finałowej graliśmy z Gwardią Wrocław, Legią Warszawa i Płomieniem Milowice. Same ówczesne potęgi.  A czasy były ciężkie, bo przecież stan wojenny i lata krótko po nim. Największym dla mnie batem motywacyjnym był siedzący na ławce sąsiad czy ktoś na ulicy pytający: no i jak tam, wygraliście czy przegraliście? Przed każdym trzeba było się tłumaczyć. Nie było tak, że po meczu wsiadasz w maluszka, wyjeżdżasz do domu, do Lublina i tam nikt cię nie zna. Trzeba było wygrać, bo inaczej nie powiedzieli ci pod blokiem dzień dobry. Paradoksalnie, pod tym względem lepiej było grać w II lidze: wygraliście? A to fajnie. W I lidze, nawet jak przegraliśmy z mistrzem Polski: przegraliście? A to dziady – śmieje się R. Misztal.

Po chudych latach, kiedy Avia walczyła znowu w II lidze, ocierając się o awans, przyszedł sezon 1990/91. Pod wodzą Mieczysława Rzędzickiego i Janusza Kostrzewy Avia po raz ostatni, jak do tej pory, wróciła do najwyższej klasy rozgrywek. Remigiusz Misztal, Sławomir Kurek, Mirosław Stefanowicz i Krzysztof Lemieszek, z najmłodszych przeszli do grupy najstarszych zawodników zespołu. W dodatku drużyna stała się po raz pierwszy w dużej części złożona z „rdzennych” świdniczan: Stefanowicz, urodzony w Zamościu, ale od juniora w Avii, Janusz Kostaniak, Tomasz Dzirba, Tomasz Wierzbicki, Maksymilian Chadała,  

Koniec kariery przyszedł dla Remigiusza Misztala w 1991 roku. Kontuzja kolana, ale też zmieniające się realia polityczne i gospodarcze sprawiły, że stary, peerelowski model organizacji i finansowania sportu zaczął pękać. Trzeba było wziąć się do innej roboty, bo małżeństwo, małe dziecko. Wybrał handel.

Pozostaje pytanie czego zabrakło Avii z lat 80., żeby zabłysnąć tak, jak poprzednicy z wcześniejszego dziesięciolecia, chociaż warunki materialne i atmosfera w zespole były dobre?

– Zabrakło zawodników, którzy graliby na poziomie reprezentacyjnym i pociągnęli zespół za sobą. Wcześniej byli to Wójtowicz i Łasko. Ale za naszych czasów nie było szansy na pozyskanie takich. Gwardia Wrocław – milicja. Legia Warszawa – wojsko. Inne kluby z czuba tabeli miały poparcie kopalni albo huty. Nie mogę powiedzieć, że Avia była biednym klubem. Jednak w wyborze barw klubowych przeważały często pozasportowe argumenty. Mieliśmy swoje atuty: wszechstronność, zgranie, zespołowość, ale w decydujących momentach meczów, w nerwowych końcówkach setów, jak w finałach Pucharu Polski decydującą rolę odgrywali reprezentanci, którzy potrafili z zimną krwią, bez zwalniania ręki, uderzyć ostatnią piłkę – podsumowuje Remigiusz Misztal.

Na zdjęciu: Drużyna, która wywalczyła awans do I ligi w sezonie 1990/91. Od lewej stoją: Mirosław Stefanowicz, Wojciech Samoszuk, Tomasz Dzirba, Tomasz Wierzbicki, Mariusz Kowal, Waldemar Grzegorczyk, Sławomir Kurek, trener Janusz Kostrzewa.

W dolnym rzędzie od lewej: Maksymilian Chadała, Krzysztof Lemieszek, Remigiusz Misztal i Janusz Kostaniak. 

Artykuł przeczytano 416 razy

Last modified: 4 listopada, 2022

Registration

Zapomniałeś hasło?