poniedziałek, 10 maja 2021r.

Pół wieku służby ludziom

Autor: |

14 kwietnia, setną rocznicę urodzin obchodziła Maria Nosarzewska. Kobieta niezwykła, która odwagę i patriotyzm potrafiła połączyć z ciepłem dla ludzi i miłością do dzieci.

– To wzruszające, jak wielu ludzi rozpoznaje mamę na ulicy, pozdrawia ją, dziękują za troskę, jaką otaczała ich przed laty. Pewnego dnia spacerowałyśmy z mamą chodnikiem przy kawiarni. Nagle zatrzymał się samochód, wyskoczył z niego jakiś pan i krzyczy: Pani Doktor, pamięta mnie Pani? Byłem malutki, chory na nogę. Pani ją wyleczyła! A tak, tak, odpowiedziała zaskoczona mama. Poznaję pana po wąsach –  wspomina ze śmiechem, córka jubilatki, Hanna Tymieniecka.

Maria Nosarzewska urodziła się 1921 roku w Sosnowcu, jako Maria Vorbrodt, córka  Tadeusza i Henryki z Gołębiowskich. Jej ojciec, piłsudczyk, walczący w 3 Brygadzie Legionów, obrońca Zamościa w czasie wojny polsko-bolszewickiej, został odznaczony Krzyżem Virtuti  Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Jako zdemobilizowanego kapitana Wojska Polskiego, skierowano  go na kresy wschodnie, gdzie sprawował różne funkcje gospodarcze i państwowe. W maju 1939 roku został mianowany starostą oszmiańskim, jak się okazało, ostatnim.

Wychowanie w patriotycznej atmosferze  nie pozostało bez wpływu na postawę niespełna 20-letniej Marii. Po przegranej kampanii wrześniowej, przy zmieniających się okupantach,  wstąpiła w szeregi Armii Krajowej. Młoda dziewczyna, bez przeszkolenia wojskowego, otrzymała zadania kurierki, łączniczki w Inspektoracie Oszmiańskim AK i jak wspomina jej córka, przenosiła zapisane na skrawkach papieru wiadomości ukryte nawet w warkoczach. Później została przeniesiona do Inspektoratu Wileńskiego, gdzie pełniła również rolę sanitariuszki. Koniec wojny nie oznaczał końca zagrożenia życia. Wraz z bratem została aresztowana przez NKWD.

– Jakimś cudem mamie udało się uciec z po drodze do transportu, mającego przewieźć ją do gułagu na Syberii . W zamieszaniu, w grupie kilku osób, wśród których był również brat, uciekli do lasu, w którym spędzili całą noc. Rano pojedynczo starali się dotrzeć do domu. Mam bezczelnie zatrzymała samochód z sowieckimi sołdatami i wróciła do Wilna, gdzie wówczas mieszkała rodzina – opowiada pani Hanna.

Po 1944 roku Vorbrodtowie zostali ekspatriowani do Lublina. Maria, zwana w domu Isią, podjęła studia medyczne na Akademii Medycznej. W Lublinie poznała i w 1950 roku poślubiła swojego męża, Wojciecha Nosarzewskiego,  potomka Jana Nosarzewskiego, posła na Sejm Czteroletni. Taka rodzinna, patriotyczna karma.

Skomplikowane koleje losu przywiodły ją wreszcie, w 1966 roku, do Świdnika, gdzie rozpoczęła pracę ordynatora na szpitalnym oddziale dziecięcym. Okazało się, że pediatria jest nie tylko wyuczoną specjalizacją medyczną, ale również jej powołaniem.

– W trudnych dniach epidemii, kiedy do przyjęcia było po 100 dzieci, mama potrafiła nie pokazywać się w domu przez 48 godzin. W końcu, naszpikowaną środkami wzmacniającymi, pogotowie przywoziło ją na noc, na odpoczynek. Rano wracała do pracy – wspomina córka.

Maria Nosarzewska leczyła dzieci pół wieku. Zajmowała się nimi z oddaniem, nosiła na rękach, czytała bajki, kołysała do snu. W 1990 roku przeszła wreszcie na zasłużony odpoczynek. Jej ofiarność, wielkie serce i umiejętności, a także postaw w czasie wojny, nie zostały niezauważone. Otrzymała wiele oznaczeń państwowych. W 2016 roku, z okazji 95. urodzin, z rąk burmistrza Waldemara Jaksona odebrała krzyż Nil virtuti civili invium (Nic nie stoi na przeszkodzie cnocie obywatelskiej). Burmistrz mówił: – Często spotykam ludzi, którzy wspominają Panią Doktor z wielką sympatią i zawsze w pozytywnym kontekście. W imieniu mieszkańców życzę 200 lat i dziękuję za dobro, jakie pani czyniła.

Maria Nosarzewska, wdzięczna za wyróżnienie powiedziała: – Serdecznie dziękuję za pamięć i tyle miłych słów. Jestem bardzo wzruszona.  1 października 1966 roku otwarto oddział dziecięcy, w budynku nad obecną pocztą. To było dobre lokum, w centrum młodego miasta. Długi korytarz, nieduże sale, w których łącznie mieściło się 30 łóżek. Mieliśmy mało sprzętu, więc w najcięższych przypadkach wspomagali nas medycy z Lublina. Gorzej było z dyżurami, bo wtedy jeszcze niewielu lekarzy pracowało. Mieliśmy nocne dyżury na oddziale dziecięcym, ale często trzeba też było iść na internę, gruźlicę, oddział noworodkowy, które rozmieszczono w całym mieście. Rodziło się dużo dzieci, było też więcej chorób. Teraz są szczepionki, które im zapobiegają. Wtedy często występował dyfteryt, szkarlatyna. Zawsze szkoda mi było dzieci, które zostawały w szpitalu. Rodzice mogli je odwiedzać tylko w określonych godzinach. Maluszki często płakały, tęskniły za mamą i tatą. Czasami więc, wbrew zakazowi, przemycaliśmy rodziców, by dziecko mogło się choć na chwilę przytulić. Personel oddziału zawsze bardzo się starał, by mali pacjenci jak najmniej odczuwali pobyt w szpitalu. Gdy tylko była chwila czasu, bawiliśmy się z dziećmi, czytaliśmy im bajki na dobranoc. Chcieliśmy, by chociaż bez rodziców, czuli się jak w domu. W służbie zdrowia przepracowałam 50 lat, większość w Świdniku. Nie żałuję, że spędziłam tu prawie całe życie. Zawsze będę wspominała ludzi, z którymi los mnie zetknął.

jmr, aw

Artykuł przeczytano 879 razy

Last modified: 25 kwietnia, 2021

Registration

Zapomniałeś hasło?