poniedziałek, 26 lipca 2021r.

Od Łątki do SOLO

Autor: |

Na początku lutego z ronda im. Świdnickie­go Lipca zniknął ka­dłub śmigłowca SM-1. Ten lotniczy pomnik, który od 1979 roku witał odwiedzających nasze miasto, został przetransportowany do PZL-Świdnik, gdzie przechodzi generalny remont. Nie przypad­kiem właśnie tej kon­strukcji powierzono tak reprezentacyjne zada­nie. SM-1 był bowiem pierwszym śmigłow­cem, seryjnie produ­kowanym od 1956 r. w naszych zakładach. Do 1965 r. wyprodukowano 1597 egzemplarzy róż­nych jego wersji.

Pionierska trzydziestka

Opanowaniem produkcji śmigłowców zajmowało się początkowo zaledwie trzydzie­ści osób. Kierownikiem wy­działu był Tadeusz Szymański. Jednocześnie, w dziale głów­nego technologa, kierowa­nym przez Bogusława Tatarka, opracowywano dokumentację konstrukcyjną oprzyrządo­wania do produkcji części, ze­społów, spawania i montażu śmigłowca. Bardzo odpowie­dzialne zadanie przypadło wy­działowi dużych przyrządów, którego szefem był Tadeusz Usyk.

Warto jeszcze przypomnieć nazwiska ludzi podejmujących się trudnego zadania wprowa­dzenia śmigłowców do pro­dukcji. Jednym z nich był Kazimierz Michalik, dyrektor techniczny wytwórni. Głów­nym konstruktorem biura prototypów został Jerzy Ko­tliński, a głównym konstruk­torem biura produkcji seryjnej Zbyszko Kodłubaj. Kierowni­kiem wydziału prób i badań był Stanisław Łobacz, kierow­nikiem wydziału prototypów Romuald Nowakowski.

Lepiej niż w autobusie

23 marca 1956 roku odbył się dziewiczy lot śmigłowca Mi-1, zmontowanego z czę­ści i zespołów radzieckich. Pierwszym śmigłowcem wy­produkowanym całkowicie w Świdniku wzniósł się w po­wietrze dokładnie rok później, 22 marca 1957 roku, Janusz Ochalik.

Historyczny, inauguracyj­ny lot SM-1 opisał Głos Świd­nika: Helikopter przywiązany linkami do słupków drgał nie­spokojnie, jakby prężąc się do skoku. Mechanicy odczepili liny. Chwileczkę, poleci jesz­cze pasażerka, Krystyna F. Już! Gotowe! Ryknęło 570 KM potężnym basem. Helikopter drgnął i uniósł się w górę. Pilot nie spieszył się jednak. Na wy­sokości dwóch, trzech metrów zawiesił maszynę w powie­trzu, niemal nieruchomo… …Wrócili po pół godzinie. Za­toczyli krąg nad głowami zgro­madzonych robotników i zagranicznych obserwatorów z Czechosłowacji oraz Syrii. …Otworzyły się drzwiczki. Pierwsza wychyliła się z kabi­ny uśmiechnięta Krystyna F. – Jak się leciało? – Lepiej niż w miejskim autobusie, bo bez tłoku – padła odpowiedź. W ciągu niespełna 10 lat WSK Świdnik dostarczyła klien­tom ponad 1700 śmigłowców SM-1 i opracowanego w zakła­dzie następcy tej konstrukcji – maszyny SM-2. Oba mode­le napędzane silnikami tłoko­wymi, kupowane były przede wszystkim przez kraje Ukła­du Warszawskiego, a także Austrię i Finlandię. Jeszcze w latach siedemdziesiątych, pro­dukowano części zamienne do tych śmigłowców, mimo że w 1965 roku zaprzestano ich produkcji.

Łątka na początek

Świdniccy inżynierowie bar­dzo szybko przystąpili do prób skonstruowania własnego śmigłowca jednosilnikowego.

Pierwsza była Łątka – lekki helikopter napędzany silni­kiem tłokowym. Prace kon­strukcyjne zapoczątkowano około 1961 roku. Doprowa­dzono je do etapu prototy­pu, który uległ uszkodzeniu podczas prób stoiskowych. Stanisław Kamiński, póź­niejszy konstruktor Sokoła, powiedział o Łątce: Cztero­miejscowy śmigłowiec Łątka, budowany był pod okiem Je­rzego Kotlińskiego. Powstały dwa prototypy, do prób sta­tycznych i naziemnych. Jeden z nich uległ awarii na sku­tek wystąpienia zjawiska tak zwanego rezonansu ziemne­go. Przekazywane kolejnym pokoleniom pracowników WSK podania o nieszczęśli­wym końcu Łątki przypisują zniszczenie prototypu niemal­że siłom nieczystym. Prawdą jest, że w czasach, kiedy kwe­stią było wyłącznie ilościowe zrealizowanie planu produk­cji, wszelkie zakusy rozwojo­we nie były mile widziane.

Kolejna próba dorobienia się własnej konstrukcji lek­kiego śmigłowca, to projekt Jaszczurka z 1971 roku, do­prowadzony do fazy pełno­wymiarowej makiety. Tym razem na przeszkodzie za­mierzeniom stanęło wejście w fazę realizacji projektu śmi­głowca Sokół.

W 1976 roku podjęto prace nad śmigłowcem Mewa. Miała to być pięciomiejscowa maszyna z dwoma silnikami amerykańskiej firmy Fran­klin. Mewa nie wyszła poza stadium projektu wstępne­go. W tym czasie panował na świecie pogląd, że era śmi­głowców o napędzie tłoko­wym odchodzi bezpowrotnie w przeszłość.

SW-4 Trębacza

Wreszcie, w 1980 roku, w ramach tak zwanego pro­blemu węzłowego, powstała koncepcja projektu lekkiego śmigłowca o napędzie turbino­wym, zabierającego na pokład 4 – 5 ludzi. Był to początek hi­storii SW-4.

Pod kierunkiem Stanisła­wa Trębacza opracowano stu­dium projektu zaakceptowane przez potencjalnych użytkow­ników: wojsko, policję, lot­nictwo sanitarne. Wstępny projekt ukończono na przeło­mie lat 1986/87. Przewidywał on wykorzystanie silnika GTD 350.

Sytuacja uległa radykal­nej zmianie na przełomie lat 80. i 90. Zamknęły się rynki zbytu na Wschodzie, a jedno­cześnie powstała możliwość, wręcz konieczność szukania nowych partnerów na Zacho­dzie. SW-4 w dotychczasowym kształcie stał się zupełnie nie­aktualny. Podjęto więc decyzję o weryfikacji projektu.

Nowy SW-4 był śmigłow­cem turbinowym, napędza­nym jednym silnikiem Allison C 20R z możliwością zabudo­wy innych napędów. O wiele wygodniejsza i bardziej er­gonomiczna, przeszklona kabina mieściła pilota i 4 pa­sażerów. Znacznie poprawio­no konstrukcję pod względem bezpieczeństwa. W pierwszy lot SW-4 wyruszył 29 paź­dziernika 1996 roku. Śmi­głowiec pilotował Zbigniew Dąbski.

Krzysztof Bzówka, kon­struktor prowadzący śmi­głowca SW-4, docenił wysiłki swoich poprzedników mówiąc: Najcenniejszym skarbem każdej firmy lotniczej jest nabywane w ciągu lat doświad­czenie. Pewnie nie byłoby SW-4, gdyby nie upór twór­ców jego poprzedników, czyli: Łątki, Jaszczurki, Mewy, które nie doczekały się pierwszego lotu. W tym sensie inżyniero­wie Jerzy Kotliński i Stanisław Trębacz mają swój wkład w po­wstanie SW-4, jakże niepodob­nego do ich śmigłowców.

SOLO – nowe życie

Po wejściu PZL-Świdnik do rodziny AgustaWestland, co dokonało się 29 stycznia 2010 roku, zaczęto zastanawiać się nad przystosowaniem SW-4, najmniejszego ze śmigłow­ców w szerokiej ofercie grupy, do wypełniania nowych misji. Wybór padł na opracowa­nie jego bezzałogowej wersji. Wspólnym wysiłkiem pol­skich i włoskich inżynierów powstał śmigłowiec SW-4 SOLO. Został zaprojektowa­ny do użytkowania zarów­no w trybie załogowym, jako maszyna opcjonalnie piloto­wana – OPH, jak i w trybie ze sterowaniem zdalnym, jako śmigłowcowy bezzałogowy system powietrzny – RUAS.

Wariant bezzałogowy za­kłada sterowanie maszyną z poziomu stacji naziemnej, wspólnej dla obu platform bezzałogowych Leonardo: SW-4 SOLO i AWHERO. Sta­cja naziemna umożliwia ste­rowanie śmigłowcem we wszystkich fazach lotu, w tym uruchomienie i wyłączenie silnika, realizację planu lotu i procedur awaryjnych, au­tomatyczne lądowanie oraz wykorzystanie różnych senso­rów zadaniowych, które mogą być przenoszone na pokładzie maszyny.

SW-4 SOLO ma dużą kabi­nę, łatwo dostępną przez duże drzwi przesuwne z płaską pod­łogą i dużym przedziałem ba­gażowym. Śmigłowiec można elastycznie konfigurować, za­budowując wyposażenie wy­magane do wykonywania szeregu różnych misji.

W ten sposób jednosilni­kowy śmigłowiec ze Świdnika przeszedł wszystkie etapy roz­woju. Od pionierskich prób kończących się często fia­skiem, po nowoczesny statek powietrzny, spełniający wy­mogi współczesnego, ekstre­malnie wymagającego rynku.

Artykuł przeczytano 355 razy

Last modified: 18 czerwca, 2021

Registration

Zapomniałeś hasło?