sobota, 06 czerwca 2020r.

Historia lasu krępieckiego

Autor: |

Dzisiaj to zielony, spokojny zakątek, ale dla wielu mieszkańców naszego regionu jest także niemym świadkiem tragicznych wydarzeń, które rozegrały się  podczas II wojny światowej. Zginęło też wielu ludzi różnych narodowości. Pierwsze masowe egzekucje zostały przeprowadzone już w latach 1940-1941. Niemcy rozstrzelali wówczas nieznaną liczbę więźniów Zamku lubelskiego, Polaków i Żydów.

21-22 kwietnia 1942 roku, na terenie lasu krępieckiego funkcjonariusze niemieckiej Służby Bezpieczeństwa (SD) rozstrzelali ok. 2800 Żydów z getta na Majdanie Tatarskim.  Wspomina to Ida Gliksztajn-Rapaport: […] Po kilku dniach rozeszła się wieść, że wszystkich zabranych 20 kwietnia zawieziono do lasu w Krępcu i tam zastrzelono. Miał to opowiedzieć jakiś chłop, do którego nocą zapukała zupełnie naga dziewczyna. Udało się jej uciec [z masakry] i opowiadała, że wszystkich ogołocono z plecaków i ubrań, a potem zabito. Słowa te zostały potwierdzone jeszcze przez innych świadków, którzy słyszeli serie karabinowe […].

Biały dym

O tragicznych wydarzeniach sprzed lat opowiada świdniczanin Stefan Kujawski, mieszkaniec osiedla Adampol, który z rodzicami, siostrą i babcią przyjechał do naszego miasta w 1941 roku z Ząbek pod Warszawą:

– Tego nie da się zapomnieć – mówi pan Stefan. – Miałem wtedy 11 lat. Nad Świdnikiem przeszła burza, a po niej usłyszeliśmy serie z karabinów maszynowych. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero po dwóch czy trzech dniach dowiedzieliśmy się, że w lesie krępieckim Niemcy wymordowali ludność żydowską z lubelskiego getta. Okoliczni chłopi znajdowali tam później dokumenty i rzeczy pomordowanych. To jednak nie była jedyna egzekucja. Latem i jesienią, kiedy komory gazowe na Majdanku jeszcze nie funkcjonowały, Niemcy rozstrzeliwali w lesie kilkusetosobowe grupy więźniów obozu.

W 1943 roku zacząłem chodzić do szkoły w Kazimierzówce, która mieściła się w nieistniejącej już starej plebanii. Próbowałem namówić kolegów, by poszli ze mną do lasu krępieckiego. Nie chcieli, więc pomaszerowałem sam. Niestety, nie udało mi się zdobyć aparatu fotograficznego, żeby udokumentować to, co zobaczę. Wszedłem w las od strony Kazimierzówki. Rozglądałem się na wszystkie strony, czy nie ma gdzieś Niemców. W miejscu, gdzie teraz stoi pomnik, była polanka. Wokół niej rosły cienkie drzewka. Przed sobą dostrzegłem olbrzymi, świeżo wykopany dół.  Dotarłem do hałdy ziemi. Chciałem zejść  i zobaczyć, czy ktoś w nim leży, ale nagle obleciał mnie strach. Wyobraziłem sobie, że w krzakach siedzą esesmani i zaraz będą do mnie strzelać. Zacząłem się pomału cofać. Po kilku krokach uderzyłem w coś plecami. Byłem pewien, że to Niemcy. Odwróciłem się i pobiegłem tak szybko jak tylko mogłem. Zatrzymałem się dopiero na szosie, tu gdzie dzisiaj znajduje się dom pomocy społecznej.

Pan Stefan często widział traktor, pokonujący trasę z obozu na Majdanku do lasu krępieckiego, wożący zwłoki zamordowanych. Ciągnął dwie przyczepy, z nadbudowanymi z desek i pomalowanymi na zielono burtami. W lesie, na kilku cementowych słupkach,  leżały podwozia z samochodów ciężarowych. Na nich Niemcy układali ciała i palili.

– Nad Majdankiem unosił się czarny dym – wspomina S. Kujawski. – Nad lasem krępieckim całymi dniami widać było białą, szeroką smugę. Podszedłem kiedyś blisko, ale smród był trudny do zniesienia. Nie dałem rady wejść między drzewa. Słupki i samochodowe podwozia stały jeszcze długo po wojnie. W lesie było też dużo drewnianych krzyży. Z czasem jednak  się poprzewracały, zbutwiały, zniknęły.

Również Maria Winiarska z Krępca, której dziadkowie mieszkali wówczas niedaleko miejsca hitlerowskich egzekucji, przytacza historie zasłyszane od okolicznych mieszkańców: – Ludzie widzieli palące się stosy. Obawiali się, że Niemcy zlikwidują później wszystkich świadków, więc chociaż dzieci ukrywali gdzieś u rodziny w innych miejscowościach. Słyszałam też o kobiecie, której udało się wydostać z dołu. Była ranna, zakrwawiona. Przybiegła do domu mojej babci. Krzyknęli do niej, żeby uciekała. Pobiegła w stronę szosy piaseckiej. Akurat nadjechał niemiecki patrol. Zastrzelili ją. Może gdyby szła spokojnie, nic by się nie stało… Mama mi opowiadała, że ludzie nie zawsze od razu ginęli. Jak przysypali doły ziemią, to ziemia się jeszcze ruszała. Ranni próbowali się wydostać za wszelką cenę. Trudno sobie wyobrazić, ile osób znalazło tu miejsce swojego ostatniego spoczynku, ile krwi zostało przelanej.

Dziś w miejscu tragicznych zdarzeń stoi pomnik poświęcony pamięci pomordowanych. W 1997 roku pojawiła się na nim tablica z napisem memorytatywnym: „W latach 1941-1944 w lesie krępieckim hitlerowcy wymordowali około 30.000 Polaków, Żydów, Rosjan i obywateli innych narodowości, których przywożono tu z Lublina i obozu zagłady na Majdanku”.

Cudem uratowany

Okoliczni mieszkańcy nie byli tylko niemymi świadkami egzekucji. Wielu próbowało ulżyć niedoli więźniów Majdanka, chociaż za pomoc groziła śmierć. Ludzie podrzucali paczki z jedzeniem, zanosili grypsy, lekarstwa.

– Tata był cieślą i pracował przy budowie obory na polu graniczącym z obozem – wspomina S. Kujawski. – Czasem zostawiał gdzieś przy drodze jedzenie, choćby kromki chleba albo ugotowane jajka, papierosy. Więźniowie zabierali je, kiedy wracali do obozu z pracy w polu. W ten sposób pomagali też okoliczni mieszkańcy. Przez pewien czas nosiłem tacie obiad. Któregoś dnia przyszedłem jednak za wcześnie. Położyłem się więc w rowie i obserwowałem. Tata też mnie widział. Nagle z bramy Majdanka wyszło dwóch Niemców. Doszli  do mnie, złapali za ramiona i popędzili do obozu. Ojciec akurat tego momentu nie zauważył. Jego koledzy zaczęli krzyczeć – „Janek, Janek, twojego chłopaka prowadzą”. Doszliśmy do budki wartowniczej i szlabanu. Już się miałem pochylić, żeby pod nim przejść na drugą stronę, kiedy nadjechał Niemiec, właściciel pola. Powiedział coś do esesmanów, a oni krzyknęli do mnie „uciekaj”. Zostałem uratowany. Ojciec kupił wtedy 150 kilogramów pszenicy. Zmielił we młynie w Krępcu, a mama upiekła placki. Ojciec załadował je w torbę i zaniósł na pola, więźniom. Sporo tego było.

– Mama opowiadała, że kiedyś przyszło kilku Niemców i chcieli zjeść obiad. Przyprowadzili też kilku więźniów, którzy pracowali przy kopaniu czy zasypywaniu dołów. Kazali dać im jakieś kartofle gotowane dla świń. Babcia dała tym nieszczęśnikom to, co zostało z poprzedniego dnia, jakiś barszcz, chleb. Byli bardzo wychudzeni – dodaje pani Maria.

Nieudana ucieczka

Więźniowie Majdanka doprowadzeni do granic wytrzymałości warunkami życia, pracą ponad siły i terrorem, jedyną szansę ocalenia widzieli w ucieczce. Niestety, mało komu udało się wydostać z obozowego piekła.

– Uciekinierzy kierowali się głównie do naszego lasu, myśląc, że znajdą w nim schronienie – opowiada Stefan Kujawski. – Pamiętam ucieczkę kilkunastu jeńców rosyjskich. Były akurat żniwa i pomagali w polu. Wykorzystali moment nieuwagi esesmanów, rozbroili ich. 7 więźniów pobiegło do naszego lasu, pozostali w stronę lasu skrzynickiego. Niemcy zarządzili od razu obławę, ruszyli  tyralierą, z psami.  Usłyszałem strzelaninę, potem ryk samochodu ciężarowego. Siostra, która akurat stała na balkonie naszej willi, widziała jak zabierali sześciu zabitych. Na Majdanku zrobili wszystkim więźniom apel. Pokazali ciała i powiedzieli, że nawet jeśli ktoś ucieknie, to i tak nie ma szansy na przeżycie.

Nie zapomnimy

Świadków tragedii II wojny światowej jest coraz mniej. Jak podkreślają, trzeba zrobić wszystko, by ofiary niemieckiego bestialstwa nie odeszły w mroki zapomnienia.

–  To wstrząsające historie, ale należy przekazać je młodym ludziom, ku przestrodze… Wojna to najgorsza rzecz, jaka może się wydarzyć – mówi Maria Winiarska.

 

Agnieszka Wójcik-Skiba

 

 

Artykuł przeczytano 1998 razy

Last modified: 22 kwietnia, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?