sobota, 19 września 2020r.

Dopóki żyję, będę chodziła

Autor: |

Pani Marianna Krzyżowska ma 93 lata. Uro­dziła 6 dzieci. Kiedy już je wychowała i wy­kształciła, a nie było lekko, poczuła, że może zacząć nowe życie. Jej pasją stały się podróże, w większości, jakbyśmy to powie­dzieli, zwariowane. Ale zanim się im oddała, musiała przejść długą i trudną drogę.

Urodziła się w Krzczeniu na Polesiu. Sąsiedztwo było polskie, niemieckie i ukraińskie. Kontaktów nie było zbyt wiele, bo wszyscy gospodarzyli na roli i interesowali się własnymi sprawami. Cieplej wspomina swoją niemiecką koleżankę. Matka pracowała u jej rodziców, a one spotykały się w drodze do szkoły w Bekieszy. Kiedy na początku wojny weszli Niemcy, przesiedlili tę rodzinę do Rzeszy. Pani Marianna wspomina, że matka koleżanki płakała, nie wiedząc dokąd ją wiozą.

Droga do Świdnika

– Przyjechałam tu w 1954 roku z Wrocławia. Po wojnie pojechałam za pracą na Śląsk, gdzie byli moi znajomi. Pracowałam w zakładzie szwalniczym. Przyjęli mnie początkowo do prasowania. Kiedy dziewczyny jadły śniadanie, siadłam przy maszynie elektrycznej, żeby spróbować. Mistrz zauważył, że potrafię i za miesiąc pracowałam przy maszynie na stałe. Płace były świetne. Mogłam zarobić nawet trzy razy więcej niż mężczyźni. Ale chciałam być jak najbliżej rodziny. Miałam już jedno dziecko, z drugim byłam w ciąży. Pieniądze nie były najważniejsze. Pierwszego urodzonego tu syna miałam zameldować w Mełgwi. Ale, że nie wiedziałam, gdzie ta Mełgiew, zameldowałam, gdzie sama się urodziłam. Świdnika wówczas nie było – opowiada pani Marianna.

W WSK zaplatała koła do motocykli. Instalowała szprychy, centrowała obręcze. Mąż był kierowcą. Na linii produkcyjnej motocykla pracowała do końca wueski, czyli do 1985 roku. Jak mówi, potem można było kupić tylko czeskie Javy, które były bardzo drogie. Zresztą, brali je tylko partyjniacy, na talony. Na szczęście pani Marianna motocykla nie potrzebowała, bo jak tu posadzić na niego męża i gromadkę dzieci? Potem była łącznikiem między szefem produkcji, a poszczególnymi wydziałami zakładu.

Po 26 latach pracy przyszła emerytura. Nie skończyły się jednak zabiegi o pieniądze. Pani Marianna nie ma dyplomu wyższej uczelni. Naukę na początku szkoły powszechnej przerwała wojna. Potem były inne obowiązki, troska o dzieci. Nie było czasu na zdobywanie wiedzy. Mimo to, dużo później, ukończyła szkołę. Z czasem dzieci zaczęły studia. Na bilety i inne wydatki zarabiała dorywczą pracą w rolnictwie i produkcją wełnianych kapci.

Bucikowy hit

– Nauczyłam się tego w czasie wojny od warszawianek, które uciekły przed Niemcami na wieś. Podejrzałam jak robią swetry, czapki, rękawice. Owcza wełna nie była łatwym materiałem. Szorstka, bardzo szybko czerwieniła palce na rę

kach. Jednak od tego czasu wiele razy pomogła mi ubrać dzieci i związać koniec z końcem. Razu pewnego zrobiłam sobie beret i poszłam w nim do zakładu. Bardzo szybko znaleźli się chętni na moje usługi. Przy bramie zebrałam 60 kłębków. Byłam nawet trochę zdenerwowana, bo dwa tygodnie do świąt, a tu tyle roboty i ani jednego dnia urlopu.

Pieniądze w życiu pani Marianny nie odgrywały najważniejszej roli, ale były niezbędne do przeżycia i bardzo trudne do zdobycia. Może dlatego dokładnie pamięta, ile zarabiała w różnych miejscach, ile kosztowały bilety ze Szczecina do Świnoujścia, jakie były koszty życia na wszystkich jego etapach. Liczył się każdy grosz.

Pewnej niedzieli, podczas mszy chrzcielnej w kościele pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła zauważyła dziecko w wełnianych bucikach. A że umiała to robić, postanowiła spróbować. Robiła je potem wiele lat. Sprzedawała na targach. Początkowo w Świdniku, ale później również w Lublinie i w innych miejscach, gdzie było to bardziej opłacalne.

Do Rzymu przez Warszawę

Przed operacją pani Marianna postanowiła sobie, że jeśli ją przeżyje, pójdzie pieszo do Częstochowy i że póki żyje, będzie chodzić. Jak mówi, była wtedy młoda, dopiero na początku emerytury. Skończyło się na trzynastu pielgrzymkach. W czasie jednej z nich dowiedziała się o pielgrzymce do Ostrej Bramy. Wróciła do domu, umyła się i po dwóch dniach była w Białymstoku. Później Wilno odwiedziła jeszcze 6 razy.

– W czasie, kiedy pracowałam, a dzieci były małe, nigdzie nie wyjeżdżałam, niczego nie widziałam. Ludzie jeździli z zakładu do Bułgarii, na Krym, a ja nawet na kolonie mogłam wysłać tylko dwoje dzieci. Wszystko zmieniło się, kiedy przeszłam na emeryturę. Po śmierci papieża pojechałam do Warszawy na mszę odprawianą na placu Piłsudskiego. Na miejscu cały dworzec wypełniony był ludźmi. Okazało się, że jadą do Rzymu. Niewiele myśląc, zapisałam się w kolejkę po bilet. Dostałam numer 907. Rentę dostałam pierwszego dnia miesiąca, był czwarty, więc mogłam sobie pozwolić. Po mszy, wracając na dworzec, kupiłam pół chleba, bułki, cukierki, trochę wędlin i napoje. Okazało się, że w kolejce jest przede mną czterysta osób. Nagle zjawiła się pani, która stała już bardzo blisko kasy, ale zostawiła przy mnie swoją torbę. Powiedziała, że kupuje bilet dla siebie i koleżanki, a można trzy. Przenocowałam w jej malutkim mieszkaniu, w łazience, na fotelu, którego nie można było rozłożyć. Powiedziała, że nie ma nic do jedzenia, więc podzieliłam się z nią kolacją. Do Rzymu wyruszyliśmy nazajutrz. Jechaliśmy 29 godzin – wspomina pani Marianna.

Chęć obejrzenia świata nie opuszcza pani Marianny ani na chwilę. Była w Ziemi Świętej, chociaż kosztowało ją to masę pieniędzy. Odwiedziła krewnych w Stanach Zjednoczonych. Korzenie tej wizyty sięgają czasu przed wojną. Jeden z wujów pracował w posiadłościach Zamoyskich w Kozłówce. Tak przypadł do gustu właścicielom, że ufundowali mu studia. W końcu postanowił emigrować, wraz z rodziną, do Brazylii. Okazała się ona jednak złym wyborem i trafili do Stanów Zjednoczonych. Po wielu latach amerykańscy kuzyni odwiedzili Polskę i miejsca swojego dzieciństwa. Odnowiono kontakty rodzinne, a pani Marianna dostała zaproszenie do Ameryki. W ambasadzie amerykańskiej, znanej z rzucania kłód pod nogi w sprawie udzielenia wizy, nie było żadnego problemu. Wystarczyło, że wspomniała o matce chrzestnej. – Pojedzie pani – powiedziała urzędniczka.

Do stanu Nowy Meksyk poleciała z 50 dolarami w kieszeni i naturalnie, z przygodami. W Chicago okazało się, że samolot, który miał zabrać ją dalej, już poleciał. Na szczęście trafiła na Polki pracujące na lotnisku. Przenocowała w przylotniskowym hotelu i nazajutrz ruszyła w dalszą podróż.

Pobyt w Stanach przedłużył się do pół roku. Oczywiście nie obyło się bez robienia na drutach. W jakimś sklepie znalazła się wełna. Wyszło 19 swetrów. Wszystkie sprzedała na Święcie Polonii 15 lipca.

Kraków, a właściwie Węgry

Razu pewnego pani Marianna wybrała się do Krakowa. Tradycyjnie przypadkowo, spotkała grupę, która rozmawiała o Węgrzech. Natychmiast zadeklarowała, że

chce jechać z nimi. Wymieniła pieniądze i pojechała. Potem była tam jeszcze 5 razy.

Każda okazja do wyjazdu jest dla pani Marianny dobra. Z pielgrzymką do Medjugorie, z wycieczką do Lwowa, na spotkanie z Ojcem Świętym. O tej ostatniej dowiedziała się, rzecz jasna przypadkiem, w drodze do Warszawy.

Że chodzenie jest jej przeznaczeniem, udowodniła w wieku 90 lat, wspinając się na szczyt latarni morskiej w Świnoujściu. Nie czekała na trzy wahające się koleżanki i weszła na górę. Dostała za to certyfikat najstarszej osoby, która zdobyła latarnię.

Najlepiej jest teraz

Zapytana o najlepszy okres swojego życia, pani Marianna bez wahania odpowiada: teraz .Polska jest inna, lepsza niż była. Z jej słów wyraźnie przebija niechęć do „partyjnych”. Dlaczego? Pierwszy argument – bo w szkole nie chcieli księdza. Myślała: Co za głupoty gadacie. Ksiądz niczego złego nie uczy. Może trochę ulica, trochę ja, ale ksiądz na pewno nie. Ale była nieśmiała i nie odważyła się tego powiedzieć.

Marzeniem pani Marianny jest pielgrzymka do Fatimy, w której papież Jan Paweł II modlił się do Matki Boskiej, dziękując za uratowanie życia. To jedno z niewielu ważnych miejsc, których jeszcze nie widziała.

 

 

Artykuł przeczytano 769 razy

Last modified: 31 lipca, 2020

Registration

Zapomniałeś hasło?